Niewidzialny Klub Gabrysi

Gabrysia odkrywa, że potrafi znikać. Z Teodorem i Marysią szuka innych dzieci z niezwykłymi zdolnościami, aż ich spotkanie w parku przerywa ktoś jeszcze bardziej tajemniczy.

Gabrysia Zawadzka była uczennicą klasy 5b i na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżniała. Mieszkała w starym, żółtym bloku przy ulicy Wiśniowej, a z jej okna widać było park porośnięty dzikimi pnączami, tak gęsty, że nawet w dzień wyglądał jak miejsce z tajemnicy. Właśnie tam wydarzyło się coś, czego nie umiała sobie wytłumaczyć.

Pewnego popołudnia wracała ze szkoły z plecakiem cięższym niż zwykle. Przy wielkim kasztanowcu zatrzymała się na chwilę, bo obok przechodziły starsze dziewczyny z jej bloku. Gabrysia nie miała ochoty na ich spojrzenia ani na ich śmiech. Zacisnęła powieki i pomyślała tylko jedno: byle mnie nie zauważyły.

Kiedy otworzyła oczy, świat nagle ucichł. Spojrzała na dłonie i zobaczyła trawę pod sobą. Albo raczej zobaczyła wszystko poza sobą. Jej ręce zniknęły. Potem zniknęły ramiona, nogi, nawet czubek buta. Gabrysia wstrzymała oddech. Serce waliło jej tak mocno, że aż bolały ją żebra.

Uszczypnęła się w policzek. Potem jeszcze raz. Nic. Dopiero kiedy przestraszyła się naprawdę i z całej siły zapragnęła znów być widoczna, kontury jej ciała zaczęły wracać, jakby ktoś powoli rysował ją z powrotem na powietrzu.

Przez następny tydzień ćwiczyła po cichu w parku. Czasem znikała na kilka sekund, czasem wcale, a raz pojawiła się z powrotem dopiero wtedy, gdy Teodor kopnął w jej stronę piłkę i krzyknął z podwórka: „Gabryśka, żyjesz?”. To właśnie jemu pierwszemu opowiedziała o wszystkim. Teodor wysłuchał jej z taką miną, jakby dostał najlepszą wiadomość na świecie, i od razu stwierdził, że to nie przypadek, tylko prawdziwa supermoc.

Po kilku próbach, udanych i zupełnie nieudanych, Teodor wymyślił nazwę dla ich małej drużyny: Niewidzialny Klub Gabrysi. Wtedy oboje uznali, że jeśli Gabrysia potrafi znikać, to może w szkole są też inni tacy jak ona. Dołączyła do nich Marysia z ławki, która zawsze wiedziała za dużo i prawie nigdy się nie myliła. Kiedy Teodor ukrył w bucie kartkę z liczbą i kazał jej zgadnąć, Marysia nawet nie mrugnęła.

„Siedemnaście” - powiedziała od razu.

Następnego dnia postanowili sprawdzić, czy ktoś jeszcze ma coś niezwykłego. Roznieśli po szkole małe karteczki z pytaniem: „Czy zdarza ci się robić rzeczy, których inni nie potrafią? Spotkajmy się w parku pod kasztanem o 17:00.” Potem wrócili na miejsce i czekali, coraz bardziej niespokojni, aż zmrok zaczął wciskać się między drzewa.

Gdy chcieli już odejść, za ich plecami rozległ się szelest. Z krzaków wysunęła się wysoka postać w szerokim kapturze. Przez chwilę nikt się nie odezwał. A potem ktoś uniósł rękę i powietrze wokół nich zajaśniało smugami zieleni i błękitu, jakby noc nagle zaczęła świecić od środka.

Gabrysia cofnęła się o krok. Teodor zamarł. Marysia wbiła wzrok w kaptur, jakby próbowała odgadnąć odpowiedź, której jeszcze nikt nie znał. Postać zrobiła kolejny krok i zapytała niskim, spokojnym głosem:

„Wy też to potraficie?”