Trójka przyjaciół trafia na ukryte drzwi na strychu starego domu i słyszy z wnętrza coś, czego nie powinno tam być.
Zuzka, Igor i Lena od rana krążyli po domu jak trzy znudzone duchy, dopóki deszcz nie zaczął bić w szyby tak głośno, że nawet Puszkin schował się pod kredens. Sobota zapowiadała się beznadziejnie, ale właśnie wtedy Zuzka, siedząc na starym dywanie w salonie, podniosła wzrok na sufit.
– A jeśli ten strych wcale nie jest taki nudny, jak mówi babcia? – zapytała ciszej, niż planowała.
Lena spojrzała na nią znad rozrzuconych kart do gry. – To jest strych. Kurz, pudła, pajęczyny. Czego tam szukać?
Igor już jednak był na nogach. – Sprawdźmy.
Schody na górę jęknęły pod ich ciężarem, jakby dom nie miał ochoty wpuszczać nikogo dalej. Na strychu pachniało starym drewnem, wilgocią i czymś jeszcze, czego nie dało się nazwać. Z małego okna sączyło się blade światło, rozdzielając kurz na srebrne smugi. Puszkin wysunął się z cienia i ostrożnie stąpał za nimi, nastroszony, z ogonem sztywnym jak szczotka.
Wśród walizek, pudeł po kapeluszach i stosów pożółkłych gazet Zuzka zauważyła coś dziwnego. Jedna z desek w ścianie była czyściejsza od reszty, jakby ktoś dotykał jej niedawno, mimo że wszystko wokół wyglądało tak, jakby nie ruszano tego od lat. Lena przyklękła i przesunęła palcami po krawędzi.
Deska ustąpiła z cichym kliknięciem.
Za nią były małe drzwi, wciśnięte pod skosem dachu, z mosiężną klamką i kluczem zwisającym na wyblakłej wstążce. Na ułamek sekundy wszyscy troje zamarli.
– Ktoś to ukrył – szepnęła Lena.
Igor przejął klucz, a jego palce aż drgnęły, kiedy wsunął go do zamka. Obrót był zaskakująco łatwy. Drzwi uchyliły się bez protestu.
Z wnętrza wypłynął zimny powiew, tak nagły, że Puszkin syknął i cofnął się o krok. W środku panowała ciemność, ale nie była to zwykła ciemność. Coś w niej pulsowało, jakby przestrzeń po drugiej stronie oddychała. Cicho tykał tam zegar, choć nikt nie widział żadnego zegara. Między belkami mignęły drobne, zielonkawe punkty, jak świetliki uwięzione w pyle.
– Może jednak nie... – zaczął Igor.
Nie dokończył.
Z głębi otworu dobiegł dźwięk, którego żadne z nich nie potrafiło nazwać. Jakby ktoś bardzo delikatnie przesunął dłonią po szkle. Zimne powietrze zgęstniało, a z mroku wypłynął ledwo wyczuwalny zapach jaśminu, zupełnie obcy na zakurzonym strychu.
Zuzka pochyliła się pierwsza i zajrzała do środka.
I wtedy coś poruszyło się po drugiej stronie drzwi.