Trójka maturzystów trafia w szkolnej piwnicy na zamknięte przejście, które prowadzi do czegoś, czego nie powinno tam być.
W starym liceum imienia Ignacego Sikorskiego wszystko miało w sobie coś z półmroku: wysokie sufity, ciężkie drzwi, skrzypiące schody i korytarze, które nawet w biały dzień wydawały się chłodniejsze, niż powinny. Natalia, Bartek i Lena od dawna przestali się temu dziwić. W ostatnim roku przed maturą mieli ważniejsze rzeczy niż legenda o budynku zbudowanym ponad sto lat temu. Testy, próbne egzaminy, studniówka. Przeszłość szkoły była tylko tłem.
Zmieniło się to w listopadowe popołudnie, kiedy pani Szymańska rzuciła im pomysł udziału w konkursie naukowym.
– Potrzebujecie tematu, który naprawdę przyciągnie uwagę – powiedziała, odkładając dziennik. – Nie kolejnego doświadczenia z podręcznika.
W bibliotece Lena przerzucała kartki z rosnącą irytacją.
– Wszystko brzmi jak coś, co już ktoś zrobił.
– Albo jak coś, co nikogo nie obchodzi – dodał Bartek.
Natalia, oparta o regał, uniosła wzrok znad pożółkłej kroniki.
– A gdybyśmy sprawdzili coś na miejscu? Szkoła stoi tu od wieku. Może zostało po niej coś, o czym nikt nie pamięta.
Dyrektor zgodził się niechętnie. Zbyt niechętnie, jak na zwykłe przeszukiwanie archiwum. Wcisnął im do ręki ciężki, zimny klucz i tylko raz spojrzał im prosto w oczy.
– Tylko strefy oznaczone zieloną taśmą. Reszty nie ruszać.
Wieczorem zeszli do piwnicy. Telefon Natalii oświetlał im drogę drżącym, bladym światłem. Między starymi szafkami i zakrytymi płachtami meblami wisiał zapach kurzu, wilgoci i czegoś jeszcze, trudnego do nazwania. Woda kapała gdzieś w oddali, równo i nerwowo, jak sekundnik.
– Jeśli to ma być nasz efekt „wow”, to wygląda dość żałośnie – mruknął Bartek, ale jego głos odbił się od ścian zbyt ostro.
Lena chciała odpowiedzieć, lecz nagle potknęła się o coś wystającego z podłogi. Zamarła, odsunęła stopę i przyklękła.
– Ej. Tu coś jest.
Podniosła wybrzuszoną płytkę. Pod nią nie było betonu, tylko wąska szczelina i cegły ułożone jak zamurowane przejście. Żadnej zielonej taśmy. Żadnej tabliczki. Niczego, co powinno tam być.
Bartek podszedł bliżej i uniósł latarkę.
– To nie wygląda na remont.
Natalia pochyliła się nad otworem. Z wnętrza dmuchnęło chłodem tak ostrym, że aż cofnęła głowę.
Przez chwilę tylko patrzyli na siebie. Potem weszli kolejno: Natalia pierwsza, za nią Lena, na końcu Bartek. Korytarz za zamurowaniem ciągnął się głęboko pod budynkiem, lekko opadając, jakby prowadził nie w bok, tylko niżej, dużo niżej, niż powinna sięgać szkolna piwnica.
Po kilkunastu metrach dotarli do metalowych drzwi. Na ich powierzchni, starte niemal do zera, wciąż było widać wyciśnięte godło szkoły. Drzwi stały uchylone. Spomiędzy nich sączyło się ciche, regularne brzęczenie, zbyt równe, by było zwykłym odgłosem rur.
– Co tu jest? – wyszeptała Lena.
W odpowiedzi za drzwiami zamigotało słabe, pulsujące światło.
Natalia poczuła, jak ściska jej się gardło.
Pchnęli skrzydło i wtedy światło w środku rozlało się po korytarzu jak oddech czegoś, co właśnie się obudziło.