Nieznane Echo

Lena i Marek odkrywają w sobie moce, których nie da się dłużej ukrywać. Gdy na kampusie pojawia się doktor Górska, a nocą zaczynają krążyć obcy ludzie, ktoś wreszcie wyciąga po nich rękę.

Noc nad akademickim osiedlem była tak cicha, że Lena słyszała własny oddech odbijający się od szyby. Siedziała przy biurku, z łokciami wbitymi w blat, i bezmyślnie przesuwała wzrok po ekranie laptopa. Esej miał oddać już wczoraj. Zamiast tego od trzech dni wracała myślami do laboratorium, do zapachu ozonu i do chwili, kiedy zwykłe zwarcie rozdarło powietrze jak cienki papier.

Nie pamiętała, czy krzyknęła. Pamiętała za to błękitne smugi, które zapaliły się na jej dłoniach, i metalową półkę unoszącą się nad podłogą z lekkością, która nie miała prawa istnieć. Potem wszystko wróciło do normy zbyt szybko, jakby nic się nie stało. Tyle że od tamtej chwili Lena nie umiała już patrzeć na własne ręce tak samo.

Próbowała to ignorować. Próbowała uczyć się, spać, rozmawiać z ludźmi na korytarzu, udawać, że mrowienie przebiegające czasem przez skórę jest tylko skutkiem przemęczenia. Ale im bardziej się pilnowała, tym wyraźniej czuła, że coś w niej czeka. Jak napięta struna tuż przed dźwiękiem.

Nie była jedyna.

Marek z sąsiedniego pokoju od kilku dni budził się z uczuciem, że ktoś stoi tuż obok łóżka i mówi mu do ucha, chociaż w pokoju nie było nikogo. Na początku zrzucał to na brak snu, hałas z piętra niżej i kolejne kawy wypijane w bibliotece. Potem usłyszał to już nie we śnie, tylko między jednym a drugim oddechem, w tłumie ludzi pochylonych nad książkami.

Nieznany głos przebił się przez szmer kartek i szuranie krzeseł.

Nie bój się tego, co potrafisz.

Marek tak gwałtownie podniósł wzrok, że student siedzący naprzeciwko cofnął filiżankę. Nikt nie poruszył ust. Nikt nawet na niego nie patrzył. A jednak głos wrócił, spokojny i zimny, jakby mówił wprost z wnętrza jego czaszki.

Nie bój się tego, co potrafisz.

Od tamtej chwili Marek przestał ufać ciszy.

Spotkali się przypadkiem na dachu akademika, dokąd oboje uciekali, gdy pokój robił się zbyt mały, a myśli zbyt głośne. Wiatr był ostry i pachniał mokrym betonem. Miasto świeciło pod nimi rozmazanym pasmem świateł, a na horyzoncie przesuwały się ciężkie chmury, jakby sama noc obserwowała budynek z bezpiecznej odległości.

Lena pierwsza zauważyła, że Marek nie przyszedł tylko po to, by popatrzeć w ciemność.

Przez chwilę stali obok siebie w milczeniu, zbyt zmęczeni, by udawać. W końcu Marek opowiedział o głosie. O tym, że czasem czuje cudze emocje jak nagły podmuch gorąca albo lodu. O tym, że im dłużej słucha, tym trudniej odróżnić własne myśli od чужych.

Lena wysłuchała go bez przerywania. Kiedy wreszcie podniosła wzrok, w jej twarzy nie było ulgi. Był strach. I coś jeszcze, czego Marek nie umiał od razu nazwać: rozpoznanie.

Pokręciła głową i wyciągnęła przed siebie dłonie. Na skórze, tuż nad knykciami, na ułamek sekundy zapłonęły blade, błękitne smugi.

Marek nie cofnął się. To też było nowe.

Od tej nocy przestali udawać, że są zwyczajni. Zaczęli ćwiczyć po cichu, po omacku, między zajęciami, w pustych salach i na opustoszałych korytarzach. Lena coraz lepiej wyczuwała ciężar rzeczy, które powinna była unieść tylko w myślach. Marek nauczył się odróżniać obcy szept od własnego lęku. Każde z nich miało inną moc, ale oboje czuli, że źródło było wspólne. Głębsze, niż chcieli przyznać.

A potem na uczelni pojawiła się doktor Górska.

Nowa wykładowczyni nie miała w sobie nic z rozkojarzonej akademickiej rutyny. Była nienagannie uprzejma, zawsze o krok za blisko i o jedno pytanie za dużo. Jej spojrzenie zatrzymywało się na Lenie i Marku z taką uwagą, jakby nie oglądała studentów, tylko przeczytane już wcześniej nazwiska.

Z dnia na dzień na tablicach ogłoszeń zaczęły pojawiać się plakaty o zaginionych studentach. Nikt nie mówił o tym głośno, ale wszyscy je mijali z tym samym napięciem w ramionach. Nocami przez kampus przemykały ciemne sylwetki. Zawsze w płaszczach. Zawsze zbyt późno, by dało się je dobrze zapamiętać.

Lena zobaczyła doktor Górską w pustej sali wykładowej w chwili, kiedy próbowała jeszcze raz sprawdzić, czy potrafi przesunąć metalowy stojak bez dotykania go. Stojak drgnął. Potem uniósł się kilka centymetrów nad podłogę.

Za jej plecami rozległ się cichy trzask drzwi.

Lena odwróciła się tak szybko, że omal nie straciła równowagi. W progu stała doktor Górska, z rękami wsuniętymi do kieszeni płaszcza i tym swoim spokojnym, niepokojącym uśmiechem.

— Wiem, kim jesteś, Leno — powiedziała. — I wiem, jak długo próbowałaś to ukryć.

Lena poczuła, że w gardle rośnie jej suchość. W tej samej chwili gdzieś daleko, może na korytarzu, może tylko wewnątrz jej głowy, rozległ się obcy głos. Chłodny, wyraźny, niepodlegający żadnej pomyłce.

To początek.

Wybierzcie mądrze, komu otworzycie drzwi.