Myślałem, że mój cień jest zwyczajny. Wystarczyła jedna chwila, żeby zaczął żyć własnym życiem.
Siedziałem w swoim pokoju, z nosem przyklejonym prawie do szyby, kiedy popołudniowe światło przecięło podłogę długim, żółtym paskiem. Mój cień leżał spokojnie na ścianie, rozciągnięty jak leniwy kot.
Zwyczajny. Nic niezwykłego.
Tak mi się przynajmniej wydawało.
Bo nagle cień drgnął.
Zamarłem.
Pewnie to tylko światło, powiedziałem sobie. Wiatr poruszył firanką. Albo ja sam się poruszyłem za szybko.
Podniosłem rękę.
Mój cień nie ruszył się razem ze mną.
Poczułem, jak skóra na karku robi mi się zimna.
Uniosłem drugą rękę, wolniej. Cień nadal stał nieruchomo, jakby udawał, że mnie nie widzi.
A potem zrobił krok do przodu.
Jeden, drugi.
Nie po mnie, tylko ode mnie. Jakby wiedział dokładnie, co robi.
Odsunąłem się od ściany, ale cień nie wrócił na swoje miejsce. Zatrzymał się na środku pokoju i przez chwilę wyglądał całkiem normalnie. Za normalnie.
Wtedy odwrócił głowę.
I spojrzał prosto na mnie.
Chciałem krzyknąć, ale głos ugrzązł mi w gardle. Cień poruszył się jeszcze raz, jakby miał mi coś pokazać, a potem rozpłynął się nagle w cieniu szafy.
Tylko że ja wcale nie miałem pewności, że zniknął.
Bo spod drzwi do mojego pokoju zaczęło sączyć się coś ciemniejszego niż reszta cienia.