Noc Kupały i wilczy szept

Jagoda i Kacper wchodzą w noc Kupały głębiej, niż powinni, i trafiają na krąg kamieni, gdzie obcy mężczyzna zna rzeczy, których nie powinien znać.

W najgęstszej części puszczy, tam, gdzie mgła wczepiała się w gałęzie brzóz, a osika drżała, jakby słuchała cudzych kroków, Jagoda i Kacper szli coraz dalej od ścieżki. Tego wieczoru nie chcieli wracać do ogniska pierwsi. Noc Kupały miała w sobie coś, co wyciągało ludzi w las: obietnicę ognia, wróżb i rzeczy, o których następnego dnia mówiło się półgłosem.

Trzymali pochodnie wysoko, choć płomienie co chwila uginał wilgotny wiatr. Między pniami migały cienie, a z oddali dochodziło pohukiwanie sowy i przeciągłe wycie wilka, tak bliskie, że Kacper odruchowo ściszył oddech. Jagoda udawała, że tego nie zauważa, lecz jej palce mocniej zacisnęły się na drewnianym drzewcu.

— Mówiłeś, że znasz skrót — szepnęła.

— Znam. Chyba — odparł, zerkając w ciemność przed nimi.

Nie zdążyła odpowiedzieć, bo między krzewami przemknęły dwie złote iskry. Oczy. Zniknęły równie szybko, jak się pojawiły, ale las po tym krótkim błysku jakby ucichł, nasłuchując.

Po chwili wyszli na polanę. W jej środku stał krąg kamieni, stary i nierówny, porośnięty mchem. Na szorstkich powierzchniach wiły się znaki wyryte tak głęboko, że wyglądały, jakby ktoś zostawił je nie dłutem, lecz ogniem. Jagoda przystanęła pierwsza.

— Widzisz to?

Kacper nie odpowiedział od razu. Patrzył na kamienie z takim wyrazem twarzy, jakby nagle przestał być pewien, czy nadal jest tam, gdzie przed chwilą.

Wtedy z cienia pod najgrubszym dębem odłączyła się wysoka postać. Mężczyzna miał długie czarne włosy, wilgotne od mgły, i płaszcz tak ciemny, że zdawał się pochłaniać resztę nocy. Jego oczy błysnęły bursztynowo, kiedy spojrzał najpierw na pochodnie, potem na nich.

— Szukacie ognia — powiedział cicho. Nie brzmiało to jak pytanie.

Jagoda poczuła lodowaty skurcz pod żebrami. Kacper uniósł pochodnię wyżej.

— Kim jesteś?

Nieznajomy uśmiechnął się ledwie zauważalnie i zrobił krok w stronę kręgu.

— Ktoś, kto nie powinien was tu spotkać. A wy, jeśli macie choć odrobinę rozsądku, nie powinniście stawać w tym miejscu po zachodzie słońca.

Las zaszeleścił, choć nie poruszył się żaden wiatr. Jeden z kamieni odpowiedział głuchym, suchym trzaskiem, jakby coś w jego wnętrzu pękało od środka. Jagoda odruchowo cofnęła się o pół kroku, lecz obcy już patrzył prosto na nią.

— Tylko tej nocy krąg się otwiera — szepnął. — Ale wszystko ma swoją cenę.

Ziemia pod ich stopami drgnęła. Płomień na pochodni Jagody skurczył się nagle do wąskiej, niepewnej smugi, a z głębi puszczy dobiegło długie, żałobne wycie, tak przejmujące, że aż ścisnęło ją w gardle. Kacper złapał ją za rękę.

I wtedy pod kamieniami coś rozbłysło.