Noc Kupały pod Szeptem Boru

Podczas Nocy Kupały Lena, Igor i Sławko ruszają w głąb Boru po Kwiat Paproci i trafiają na coś starszego niż opowieści, co zaczyna mówić ich imionami.

Bór tej nocy nie milczał. Szeleścił, oddychał i podszeptywał coś w koronach sosen, jakby znał każde ludzkie imię, ale nie chciał go wypowiadać na głos. Nad Leśnogrodem płonęły już kupalne ogniska, a śmiech i śpiew niosły się ponad łąką, lecz Lena, Igor i Sławko stali dalej, na skraju ciemności, tam, gdzie światło kończyło się nagle, jak przecięte nożem.

Nie przyszli tu dla zabawy. Kwiat Paproci był dla wszystkich we wsi legendą, którą starsi opowiadali półgłosem, żeby dzieci szybciej zasnęły. Dla nich był czymś więcej: próbą, odpowiedzią, może nawet prowokacją rzuconą w twarz całemu borowi. Lena czuła to najmocniej. Jako córka zielarki znała zapachy ziół, mokrej ziemi i dymu, ale tej nocy pod wilgotnym mchem unosiło się jeszcze coś innego, ostrego i chłodnego, jak przed burzą.

Igor prychnął cicho, kiedy z głębi lasu dobiegły ich dźwięki fletu. Brzmiał tak, jakby ktoś grał za daleko, by mógł być człowiekiem, i za blisko, by dało się to zignorować. Sławko od razu ruszył pierwszy, zbyt pewny siebie, jak zawsze, kiedy w grę wchodziła tajemnica. To on znalazł ścieżkę między paprociami, wydeptaną ledwie widocznie, lecz prowadzącą prosto w czarną gęstwinę Boru.

Szli szybko, mijając mokradła, splątane korzenie i pnie popękane od czasu. Noc Kupały zdawała się robić miejsce tylko dla nich i dla czegoś jeszcze, co poruszało się poza kręgiem ich lampy. Lena kilka razy miała wrażenie, że między drzewami ktoś stoi, ale gdy odwracała głowę, widziała jedynie ciemność. Igor żartował coraz ciszej. Nawet Sławko przestał gwizdać pod nosem.

W końcu Lena zatrzymała się tak gwałtownie, że obaj prawie na nią wpadli. W paprociach przed nią pulsowało blade, błękitne światło. Nie migotało jak ogień ani nie drżało jak świetlik. Było nieruchome, zbyt czyste, zbyt pewne siebie. Igor pobladł, choć natychmiast próbował ukryć to pod kpiącym uśmiechem.

A potem usłyszeli śmiech. Cichy, niski, niepokojąco łagodny.

Z cienia wyłoniła się wysoka postać o włosach podobnych do mokrego mchu. Na jej ramieniu siedział kruk z szkarłatnym dziobem, nieruchomy jak wyrzeźbiony z drewna. Oczy przybysza połyskiwały chłodno, jak krople rosy w pierwszym świcie. Głos miał spokojny, ale od niego przechodził dreszcz po plecach.

– Szukacie Kwiatu Paproci – powiedział. – A jednak nie macie pojęcia, co naprawdę budzi się tej nocy w Borze.

Lena poczuła, że ziemia pod stopami jakby drgnęła. Igor przestał oddychać. Sławko zacisnął dłonie w pięści. A z głębi lasu napłynął nowy szept, już wyraźniejszy od wiatru, i wymówił imiona całej trójki, jakby Bór od dawna na nich czekał.