Noc Kupały nad Wisłą

Jagoda i Borzymir wymykają się ze słowiańskiej wioski w Noc Kupały i trafiają nad Wisłę, gdzie pradawny krąg kamieni budzi coś, co nie powinno się obudzić.

Nad Wisłą noc zawsze przychodziła inaczej niż gdziekolwiek indziej. Najpierw milkły ptaki, potem cichły psy, a na końcu nawet trzcinowisko zdawało się wstrzymywać oddech, jakby czekało na znak z ciemności. Tego wieczoru mgła leżała nisko nad wodą i oblepiała brzegi srebrzystą warstwą, przez którą ledwie przebijały się płomyki z wioski.

Była Noc Kupały. Z każdej chaty niósł się zapach dymu, ziół i świeżo zerwanych kwiatów. Na placu pod starymi dębami ustawiono wielkie ognisko; jeszcze nie płonęło, ale już karmiło wyobraźnię czerwienią żaru i trzaskiem suchego drewna. Kobiety splatały wianki, chłopcy nosili chrust, a starzy przysiadali z boku, jakby nawet śmiech należał tej nocy do rzeczy niebezpiecznych.

Jagoda stała przy skraju placu, z palcami zaciskającymi się na pęku paproci i trzmieliny. Babka wcisnęła jej je przed zmrokiem bez jednego zbędnego słowa. „Nie zgub, jeśli ci życie miłe” — rzuciła tylko, a w jej głosie było więcej ostrzeżenia niż czułości. Borzymir, wyższy o głowę i zbyt pewny siebie jak na własne lata, kręcił w dłoniach cienki wieniec z bylicy. Udawał, że myśli o skoku przez ogień, lecz co chwilę zerkał w stronę rzeki.

— Naprawdę chcesz zostać tutaj do świtu? — zapytała Jagoda półgłosem.

Borzymir uśmiechnął się krzywo. — Jeśli wszyscy będą patrzeć, to po co? Prawdziwa Kupała zaczyna się tam, gdzie nikt nie ośmiela się iść.

Nie odpowiedziała od razu. Znała ten ton. Zawsze oznaczał kłopoty, a jednak właśnie dlatego szła za nim najchętniej. Gdy starsi odwrócili uwagę na pieśń przy ognisku, wymknęli się między stodoły i zeszli w stronę brzegu, gdzie leśna ścieżka ginęła w czerni.

Im dalej od wioski, tym ciszej robiło się wokół nich. Śmiech przygasał, aż zniknął całkiem. Został tylko szelest liści, skrzyp mokrych gałęzi i niski pomruk rzeki, która płynęła gdzieś obok nich, niewidoczna, lecz obecna jak czyjś oddech na karku. Księżyc wisiał nad puszczą blady i nieruchomy, rozlewając po ziemi nikłe światło. W nim korzenie przypominały palce, a cienie drzew wyglądały jak sylwetki stojących w milczeniu ludzi.

Jagoda szła pierwsza, bo znała tę ścieżkę lepiej, choć nigdy nie zapuszczała się nią tak daleko. Borzymir szedł za nią bez słowa, tylko raz po raz odgarniając gałęzie. Kiedy dotarli do zakola Wisły, wiatr nagle ucichł. Nawet trzciny przestały szeleścić.

Przed nimi, przy starej wierzbie, leżał krąg kamieni porośniętych mchem. Nie wyglądał na dzieło ludzi ani czasu. Kamienie były rozstawione zbyt równo, zbyt pewnie, jakby ktoś przed wiekami wyznaczył tu granicę, której nie należało przekraczać. W samym środku stał posąg wysoki na dwa łokcie, zbutwiały i omszały, z twarzą tak startą przez deszcz i lata, że można ją było wziąć za sen albo omam.

A jednak coś w nim było. Coś, co kazało Jagodzie zatrzymać się w pół kroku.

Na mokrej ziemi wokół kamiennego kręgu leżały świeże paprocie. Nie zwiędłe, nie połamane, tylko ułożone starannie, jakby ktoś przed chwilą złożył je w ofierze. Pomiędzy nimi migotały drobne złote punkty. Najpierw wzięła je za świetliki, lecz zaraz poczuła, że poruszają się zbyt równo, zbyt świadomie, jakby prowadziła je niewidzialna dłoń.

Borzymir ściszył głos do szeptu.

— Widzisz to?

Jagoda skinęła głową, nie odrywając wzroku od posągu. Na skraju światła zaczęły wyłaniać się kształty. Smukłe, blade postacie przesuwały się między drzewami tak lekko, że trawa nie uginała się pod ich stopami. Jedne miały włosy długie jak wodorosty i mokre od rzeki. Inne niosły na głowach wianki tak jasne, jakby utkały je z księżycowego blasku. Jeszcze inne migotały tylko obrysem, cieniem przy cieniu, i znikały, zanim oko zdążyło je uchwycić.

— Rusałki... — wydusił Borzymir.

W tej samej chwili kamienny posąg drgnął.

Nie mocno. Tylko tyle, by Jagoda zauważyła, że coś w jego twarzy się zmieniło. Jedno z zamkniętych dotąd oczu rozchyliło się powoli, jakby przebudzone z długiego snu. Z wnętrza kamienia wypłynął zimny, srebrzysty blask, ostro przecinając mrok. Borzymir cofnął się o krok, a Jagoda poczuła, jak pęk paproci w jej dłoni nagle staje się bezwartościowy.

Z rzeki dobiegł cichy śmiech. Nie ludzki, nie zwierzęcy, bardziej podobny do dźwięku wody spływającej po szkłach ukrytych pod powierzchnią.

Wiatr wrócił nagle, gwałtownie, i uderzył w nich od strony Wisły. Płatki kwiatów, rozsypane gdzieś przy ścieżce, poderwały się w górę i zakręciły wokół ich nóg razem z iskrami, choć ogniska nie było tu wcale. Jagoda odruchowo sięgnęła po rękę Borzymira, ale zanim dotknęła jego palców, ciemność za ich plecami poruszyła się ciężko, jakby ktoś przedzierał się przez las prosto ku nim.