Czworo przyjaciół wyrusza nocą nad jezioro Strzyg, gdzie podczas Nocy Kupały dawne słowiańskie opowieści zaczynają oddychać własnym życiem.
Zmierzch osiadał na Chmielnikach jak chłodna, granatowa mgła. Z chat wypływał zapach dymu, bylicy i pieczonych ziół, a od strony łąk niosły się urwane śmiechy, pojedyncze nuty śpiewu i trzask ognisk. Wieś szykowała się do Nocy Kupały, lecz pod starą lipą w samym jej środku panowało dziwne napięcie, jakby powietrze przed burzą.
Anna stała nieruchomo, z dłońmi splecionymi na lnianym fartuchu. Michał co chwilę zerkał w stronę drogi prowadzącej ku jezioru. Basia bawiła się kosmykiem rudych włosów, a Karol udawał pewność siebie, choć nawet on mówił ciszej niż zwykle.
— Jeśli naprawdę mamy tam iść, to teraz — powiedziała Basia. — Potem nikt już nie wypuści nas z wioski.
Karol parsknął krótko.
— Nikt nas nie zatrzymuje. To tylko opowieści starych ludzi. Rusałki, strzygi, skarby pod wodą... Wybierzcie sobie legendę, jeśli wam lżej.
Michał spojrzał na niego z ukosa.
— Mój dziadek nie opowiadał tych rzeczy dla zabawy. Mówił, że jezioro Strzyg nie lubi hałasu po zmroku. I że w najkrótszą noc roku brzegi nie są już tylko brzegami.
Anna uniosła wzrok. W oddali, ponad ciemniejącymi polami, jezioro było już niewidoczne, ale czuło się jego obecność: ciężką, mokrą, cierpliwą.
— To po co idziemy? — spytała.
Basia odpowiedziała bez wahania:
— Bo coś tam jest. Od tygodni widzę światło nad wodą. Nie takie od księżyca. I nie tylko ja.
Na moment zapadła cisza. Nawet Karol przestał się uśmiechać.
Ruszyli wąską ścieżką przez łąkę. Trawy ocierały im kostki, wilgoć wsiąkała w buty, a księżyc wisiał nisko, blady i nieruchomy, jak zawieszony nad światem znak ostrzegawczy. Co jakiś czas ktoś odsuwał od ramienia mokrą gałąź albo przystawał, gdy z trzciny dobiegał nagły szelest. Noc nie była jeszcze głęboka, a jednak wszystko wokół zdawało się już należeć do niej.
Gdy dotarli do jeziora, woda leżała czarna i gładka, bez najmniejszej fali. Stary pomost, nadgryziony przez czas, skrzypnął pod pierwszym krokiem Karola. Na drugim końcu drżała porzucona wstążka, przywiązana kiedyś do słupka i dawno wyblakła od słońca.
— Widzicie? — szepnęła Basia. — Nic.
Karol zrobił krok bliżej krawędzi.
— A jednak przyszliśmy.
Uniosł głowę i przeciągle zagwizdał, bardziej z przekory niż z odwagi.
Przez ułamek sekundy nic się nie stało. Potem z trzcin po lewej stronie dobiegł ciężki, mokry szmer, jakby coś przesunęło się tuż pod powierzchnią ziemi. Woda przy brzegu zafalowała bez wiatru. Anna cofnęła się o pół kroku.
Z mroku wynurzyła się niewysoka postać. Miała mokre włosy, jasne jak rozlane srebro, i twarz bladą do tego stopnia, że zdawała się świecić własnym chłodem. Oczy patrzyły prosto na nich, nieruchome i obce.
Karol zamarł z otwartymi ustami.
Postać uniosła powoli dłoń i wskazała coś za ich plecami, w głąb ciemnej ścieżki prowadzącej od jeziora. Z trzcin dobiegł drugi odgłos, bliższy i cięższy niż pierwszy.
A potem ktoś, tuż przy samym pomoście, wyszeptał ich imiona.