W Noc Kupały Lena i Dawid wchodzą do starego lasu po legendarny kwiat paproci, ale zamiast niego znajdują światło, którego nie powinno tam być.
Dolina Wilgotnych Paproci leżała na skraju starego boru, tam, gdzie kończyły się ścieżki, a zaczynały opowieści szeptane przez babki przy piecu i dziadków pod murem. W Noc Kupały las oddychał inaczej. Z polan dochodził huk ognisk i daleki śmiech, lecz tutaj, między mokrymi paprociami i splątanymi korzeniami, panowała cisza tak gęsta, że Lena słyszała własny oddech.
Szli z Dawidem coraz głębiej, odgarnięci od świata jedynie bladym kręgiem małej latarki. Mieli znaleźć kwiat paproci, choć oboje wiedzieli, że brzmi to bardziej jak wyzwanie niż zwykły pomysł na wieczór. Lena starała się iść pewnie, ale co chwilę zerkała na ciemne pnie, jakby spodziewała się, że coś zaraz wyłoni się spomiędzy nich i zacznie ich obserwować.
Dawid uśmiechnął się krzywo, lecz w jego głosie nie było już wcześniejszej swobody.
Nie zdążyła odpowiedzieć. Gdzieś przed nimi rozległ się dźwięk, jakby cichy śpiew przeciągnięty przez wiatr. Nie brzmiał ani jak ludzki głos, ani jak ptak. Lena zatrzymała się tak nagle, że Dawid prawie na nią wpadł. Śpiew powtórzył się, bliżej, miękki i niski, jakby ktoś nucił tuż pod ziemią.
Latarka zadrżała w jej dłoni. Przez krótką sekundę między paprociami mignęło seledynowe światło, a potem coś drobnego i jasnego przemknęło między liśćmi. Lena zamarła. Dawid też to zobaczył, bo odruchowo chwycił ją za ramię.
W tej samej chwili krzew po ich lewej stronie zaszeleścił gwałtownie, a nad ściółką przemknął zimny podmuch. Z mroku dobiegł przeciągły śmiech, tak cichy i obcy, że aż ścisnęło ją w gardle. Dawid zrobił krok do tyłu, ale Lena już patrzyła wprost w głąb paproci, gdzie seledynowe światło znów rozbłysło, jakby coś czekało, aż podejdą bliżej.
A potem z ciemności wysunęła się dłoń.