Wędrowny cyrk Madame Lune wraca do Lirycznego Miasta raz na dziesięć lat. Lena, Adrian i Wojtek wchodzą pod srebrną kopułę, nie wiedząc, że tej nocy ktoś wybierze właśnie ich.
Gęsta mgła pełzła po przedmieściach Lirycznego Miasta, kiedy w wąską aleję wtoczył się karmazynowy dyliżans zaprzężony w dwa czarne konie. Na boku pojazdu połyskiwał złoty napis: „Cyrk Madame Lune – tam, gdzie rzeczywistość się kończy”.
Ludzie od lat powtarzali o nim te same półsłówka: że pojawia się raz na dziesięć lat, że znika bez śladu, że pod jego kopułą dzieją się rzeczy, których nie da się później opowiedzieć bez wahania we własnym głosie. Lena nie wierzyła w plotki. A jednak, kiedy zobaczyła srebrzysty namiot wyrastający na skraju parku, poczuła w żołądku niepokój, jakiego nie dawało się zignorować.
Siedzieli z Adrianem i Wojtkiem na ogrodzeniu, ukryci w cieniu lip, i patrzyli, jak artyści rozpinają lśniące liny między drzewami, jak technicy ustawiają lampy wysoko nad ziemią, a cienie akrobatów przesuwają się po trawie szybciej, niż powinny. Pachniało karmelizowanym cukrem, mokrą ziemią i popcornem. Tłum rósł z każdą minutą, ale pod śmiechem i rozmowami czaiło się coś chłodnego, niemal elektrycznego.
Madame Lune nie pokazała się od razu. To samo w sobie wydawało się podejrzane.
Dopiero gdy zapadł zmrok i reflektory przecięły mgłę białymi stożkami światła, trójka przyjaciół przecisnęła się przez boczne wejście, korzystając z chwili nieuwagi rodziców i sprzedawców biletów. W środku uderzył ich hałas bębnów, skrzypienie lin i zbiorowy szmer widowni, który brzmiał jak oddech jednego wielkiego stworzenia.
Na arenie działy się rzeczy, które wymykały się rozsądkowi. Linoskoczkowie stawali na linie głową w dół, jakby grawitacja była tylko sugestią. Iluzjonista znikał przy jednym końcu areny i pojawiał się przy drugim, zanim ktokolwiek zdążył mrugnąć. Klaun o zbyt nieruchomym uśmiechu nie rozśmieszał, lecz niepokoił, jakby znał sekret każdego z widzów.
Wreszcie światła przygasły.
Na środek areny weszła Madame Lune. Jej suknia migotała drobnymi kryształkami, a twarz, piękna i surowa zarazem, zdawała się być zrobiona z blasku i cienia. Uniosła dłoń i cały namiot ucichł.
– Dziś otworzę przed wami drzwi do miejsca, które od dawna czekało tuż obok waszego wzroku – powiedziała miękko.
Lena poczuła, że Adrian sztywnieje obok niej. Wojtek odruchowo ścisnął poręcz siedzenia.
Madame Lune powiodła spojrzeniem po rzędach i zatrzymała je dokładnie na nich trójce. Uśmiechnęła się tak, jakby właśnie odnalazła coś, czego szukała od bardzo dawna.
– Potrzebuję trzech śmiałków.
Światła zgasły całkowicie. Przez tłum przebiegł szept, a potem coś jeszcze gorszego: cisza, ciężka i napięta jak napięta lina nad areną. Lena miała wrażenie, że wszystkie spojrzenia są już skierowane wyłącznie na nich.
I wtedy, z ciemności, odezwał się głos Madame Lune:
– Lena. Adrian. Wojtek. Proszę podejść na środek.