Noc pod kopułą luster

Gdy do miasteczka przyjeżdża osobliwy cyrk, Lena i Kuba trafiają na pokaz, w którym odbicia zachowują się zbyt samodzielnie, by była to tylko zabawa.

W miasteczku wszystko kończyło się szybciej, niż chciało się przyznać. Ulica Wolności po zmroku pustoszała, sklepik pani Hani gasł o tej samej porze, a nawet psy z sąsiednich podwórek przestawały szczekać, jakby i im nie chciało się już niczego pilnować. Lena i Kuba znali tu każdy chodnik, każdą skrzypiącą furtkę i każdy skrót przez podwórka - aż do dnia, gdy na rynku pojawiła się wielka kopuła z polerowanych luster.

Lśniła tak mocno, że odbijała chmury, dachy i twarze przechodniów w setkach poszarpanych kawałków. Na kolorowym plakacie pod wejściem ktoś narysował cyrkowców z cieniami dłuższymi od nich samych. Pod spodem widniał napis: „CYRK LUSTER - POKAZY, JAKICH JESZCZE NIE BYŁO. TYLKO TEJ NOCY!”

Rodzice zgodzili się tylko dlatego, że pokaz miał skończyć się przed północą, a cała klasa dostała darmowe bilety. Nikt nie chciał zostać na zewnątrz, kiedy reszta wróci z opowieściami o linoskoczkach, magikach i numerach, które podobno nie mieściły się w żadnym porządnym programie.

Lena i Kuba weszli pierwsi pod czarną kurtynę. W środku było duszno, pachniało watą cukrową, lakierem i kurzem, który musiał siedzieć w tych lustrach od lat. Światła odbijały się od ścian i wracały z każdej strony, rozbijając arenę na tysiąc krzywych wersji. Usiedli z przodu, na poduszkach w czerwono-złote pasy. Publiczność szumiała cicho, aż nagle wszystko zgasło tak raptownie, jakby ktoś odciął całe miasto od prądu.

Na środek wyszedł wysoki mężczyzna w srebrzystym fraku. Miał czarne włosy splecione w warkocz i uśmiech, który wyglądał bardziej jak ostrze niż zaproszenie. Kiedy się skłonił, błysk z lamp przesunął się po jego twarzy jak po wypolerowanym metalu.

Pierwsza była akrobatka. Przemknęła między podwieszonymi taflami tak lekko, jakby nie dotykała powietrza. Potem pojawił się żongler i rzucał świecącymi kulami, które po chwili znikały w odbiciach, zanim ktoś zdążył policzyć je do końca. Klauni, zamiast wywołać śmiech, wchodzili w swoje własne lustrzane obrazy i wracali po kilku sekundach z twarzami trochę zbyt spokojnymi.

Kuba pochylił się do Leny.

Lena spojrzała uważniej. Najpierw zobaczyła tylko scenę, światła i porozrzucane odbicia. Potem w jednym z luster mignął cień. Nie był to żaden artysta ani widz. Ktoś przechodził za taflą, bardzo blisko, jakby po drugiej stronie istniał korytarz, którego nie powinno tam być.

Światła przygasały i rozbłyskiwały, a każdy błysk zostawiał po sobie wrażenie, że scena przesuwa się o centymetr, choć nikt jej nie dotykał. Kiedy Lena zerknęła w rząd luster po lewej stronie, aż wstrzymała oddech. Zobaczyła tam siebie, Kubę i jeszcze jedną postać - w długim płaszczu, stojącą tuż za nimi. Postać patrzyła prosto na nią.

Lena odwróciła głowę.

Za ich plecami było pusto.

Głos prowadzącego popłynął z głośników, spokojny jak szept w pustym pokoju:

Na arenę wytoczono wysokie lustro w ciężkiej ramie. Mężczyzna w srebrzystym fraku wskazał je teatralnym gestem.

Nikt się nie poruszył. Kuba mocniej ścisnął dłonie na kolanach, a Lena poczuła, jak serce przyspiesza jej do bólu. Wiedziała, że zaraz padnie spojrzenie na nich. I rzeczywiście - reflektor przesunął się po rzędach, zatrzymał się dokładnie na ich twarzach i zamienił całą salę w jedną nieruchomą, lśniącą ciszę.

Lustro zajaśniało tak mocno, że Lena musiała mrużyć oczy. W jego środku coś drgnęło, a potem z matowej tafli powoli wysunęła się dłoń, jakby ktoś po drugiej stronie czekał tylko na ich odpowiedź.