Lena i Bartek trafiają do tajemniczego cyrku, który pojawia się bez zapowiedzi. Po zmroku odkrywają ukryte wejście i coś, co wygląda na początek przedstawienia, którego nikt nie planował.
Cyrk „Aurora” zjawił się w mieście bez ostrzeżenia. Jednego poranka na opustoszałym placu za szkołą wyrósł ogromny, kolorowy namiot, a na słupach zawisły plakaty, jakby ktoś przykleił je w nocy w pośpiechu: „Najbardziej niezwykły pokaz świata! Tylko trzy noce!”.
Lena i Bartek mieli po trzynaście lat i dokładnie taki rodzaj ciekawości, przez który człowiek pakuje się tam, gdzie nie powinien. Gdy inni wzruszali ramionami i mówili, że cyrk to tylko stara atrakcja dla dzieci, oni kręcili się wokół ogrodzenia, podglądając wozy, skrzynie i klatki przykryte brezentem. Niektóre wyglądały normalnie. Inne nie powinny istnieć nawet w żartach.
Jeszcze dziwniejsze było to, co poczuli wieczorem, gdy przyszli na przedstawienie. Powietrze pachniało cukrem, mokrym drewnem i czymś metalicznym, jakby po burzy. Artyści poruszali się bezszelestnie, jakby ich stopy nie dotykały ziemi. Klauni mieli maski tak gładkie, że trudno było dostrzec, czy pod nimi ktoś oddycha. Tylko ich oczy świeciły bladoniebieskim światłem.
Bartek próbował żartować, że to pewnie nowoczesne efekty, ale Lena nie umiała przestać patrzeć na arenę. Coś tu było nie tak. Nie straszne w zwykły sposób. Raczej tak, jakby ktoś zepchnął rzeczywistość o pół kroku w bok.
Kiedy żongler ognia uniósł nad głowę płonące pałki, Lena dostrzegła pod krawędzią areny maleńkie drzwi ukryte za ciężką kotarą. Nikt poza nią nie zwrócił na nie uwagi. A potem miała wrażenie, że ktoś po drugiej stronie mrugnął do niej przez szparę.
Po ostatnim ukłonie widzowie ruszyli do wyjścia. Namiot prawie opustoszał, muzyka ucichła, zostało tylko echo rozmów i zapach waty cukrowej. Lena nachyliła się do Bartka.
Przemknęli wzdłuż rzędów składanych krzeseł i zatrzymali się przed małymi drzwiami. Z bliska wyglądały jeszcze dziwniej. Były zrobione z ciemnego drewna, choć wokół wszystko świeciło od kolorowych lamp. Na klamce połyskiwał znak, którego Lena nie potrafiła odczytać.
Bartek spojrzał na nią pytająco. Lena wzięła głęboki oddech i dotknęła klamki.
Drzwi otworzyły się same.
Za nimi była gęsta, mleczna mgła. Coś w niej szeleściło, jakby setki cienkich palców przesuwały się po tkaninie. Z daleka dobiegł krótki śmiech, metaliczny i obcy.
Lena zrobiła krok naprzód. Bartek ruszył za nią, chociaż wcale nie wyglądał na tak pewnego siebie, jak przed chwilą.
Wtedy za ich plecami huknęły zamykane drzwi, a z wnętrza mgły zaczęły wyłaniać się złote światła i kruche sylwetki, coraz wyraźniejsze, coraz bliższe. Lena odwróciła się gwałtownie.
Reflektory rozbłysły naraz, oślepiając ich całkowicie, i z ciemności dobiegł głos, który powiedział: „Nareszcie przyszliście.”