Siedemnastoletnia Lena trafia do cyrku, w którym wszystko odbija się dwa razy: światło, spojrzenia i sekrety. Jedno przedstawienie wystarczy, by zaczęły się do niej zbliżać rzeczy, których nie da się wyjaśnić.
Namiot Luster wyrósł na skraju miasta jak coś, co nie powinno tam stać. Lena zobaczyła go już z daleka: wysoki, ciemny, poszarpany wiatrem, a jednak lśniący od setek odbić, które chwiały się na mokrym jesiennym powietrzu. Cyrk przyjeżdżał tylko raz w roku, zawsze wtedy, gdy liście kleiły się do butów, a zmrok zapadał za wcześnie.
Mówiono o nim różne rzeczy. Że to zwykła trupa z dobrym marketingiem. Że bilety sprzedają się szybciej, niż powinny. Że niektóre osoby wychodzą z przedstawienia inne, choć nikt nie potrafi powiedzieć, co dokładnie się w nich zmienia.
Lena nie wierzyła w plotki. Przynajmniej tak sobie powtarzała, wciskając bilet do kieszeni płaszcza i przeciskając się przez wejście. W środku uderzyło ją ciepło, zapach kurzu, lakieru i wilgotnych tkanin. Lustra stały wszędzie: wielkie, popękane, wąskie jak drzwi albo okrągłe jak lunety. Odbijały nie tylko twarze, ale też fragmenty ruchu, światła i cienie ludzi, którzy jeszcze nawet nie usiedli.
Usiadła w przednim rzędzie, trochę z przekory, trochę dlatego, że chciała widzieć wszystko z bliska. Scena była niska, otoczona światłem lamp i cieniem wysokich lin rozpiętych pod kopułą namiotu. Publiczność szeptała coraz ciszej, aż w końcu zapadła ta specyficzna cisza, która nie zwiastuje początku pokazu, tylko czegoś, co ma przetestować cierpliwość widzów.
Pierwszy wszedł klaun w zbyt białym makijażu. Nie robił nic szczególnie zabawnego, a mimo to ludzie parskali śmiechem, jakby ktoś podsuwał im go pod skórę. Potem pojawił się żongler z pochodniami. Ogień przecinał powietrze ciężkimi łukami, zostawiając po sobie chłodne, niebieskawe smugi, niemożliwe i hipnotyzujące. Lena odruchowo pochyliła się do przodu.
Najbardziej zapadła jej w pamięć dziewczyna w czerwonej pelerynie, która weszła na linę tak pewnie, jakby pod stopami miała podłogę. Nie patrzyła na publiczność. Patrzyła tylko przed siebie, prosto w ciemność po drugiej stronie namiotu. Dopiero kiedy rozległy się brawa, Lena zauważyła, że jeden z artystów na szczudłach stoi nieruchomo przy kulisie i obserwuje ją, nie scenę. Jakby czekał na jej reakcję.
Zmarszczyła brwi. Odwróciła wzrok, ale zaraz znów poczuła to samo wrażenie: ktoś ją śledzi. Nie z widowni. Z wnętrza tego miejsca.
Przedstawienie trwało dalej, coraz szybciej, coraz dziwniej. W pewnym momencie światła przygasły na tyle, że widziała tylko odbłyski własnej twarzy w sąsiednim lustrze. Wtedy dostrzegła ruchy artystów między rzędami cieni. Krótkie, urwane gesty. Prawie niezauważalne. Jeden z nich wskazał ją palcem. Inny przyłożył dłoń do serca. Szczudlarz odwrócił głowę dokładnie w jej stronę i uśmiechnął się tak, jakby znał ją od dawna.
Po finale publiczność ruszyła do wyjścia, ale Lena została. Coś w niej nie pozwoliło odejść razem z resztą. Poczekała, aż ostatnie rozmowy ucichną, a potem skręciła w boczny korytarz między lustrami. Tam było chłodniej. Ciszej. Jej odbicie pojawiało się i znikało co kilka kroków, rozszczepione na dziesiątki wersji, które patrzyły na nią z opóźnieniem.
Usłyszała kroki. Jeden. Potem drugi.
Odwróciła się i zobaczyła szczudlarza. Stał tuż za nią, wysoki, z twarzą częściowo ukrytą w półmroku. W świetle lamp jego oczy wyglądały, jakby odbijały nie tylko płomień, ale i coś jeszcze, głębiej ukrytego za szkłem. Bez słowa wyciągnął rękę.
Na jego dłoni leżał mały srebrny klucz.
Lena nie zdążyła zapytać, do czego służy. Szczudlarz już cofał się w głąb korytarza, a lustra po obu stronach zaczęły drżeć, jakby ktoś poruszył nimi od środka. Z jednego z nich dobiegł cichy głos, tak blisko, że Lena poczuła go niemal przy uchu.
Pośrodku namiotu ktoś wymawiał jej imię.