Noc pod Wielkim Niebieskim Namiotem

Hania i Staszek trafiają do cyrku, jakiego nikt w ich miasteczku jeszcze nie widział. Za zakazaną kotarą czai się tajemnica, która tej nocy może wyjść na arenę.

W małym miasteczku przy lesie przez kilka dni nie mówiono o niczym innym. Na łące w Parku Zielonych Wzgórz stanął Cyrk Wielkiego Niebieskiego Namiotu. Już z daleka błyszczały czerwone wozy, skrzypiały drabiny, a z otwartych skrzyń wysypywały się złote liny, pióra i kolorowe wstążki.

Hania widziała to wszystko codziennie po drodze ze szkoły. Razem ze Staszkiem podchodzili coraz bliżej, aż w końcu zatrzymywali się przy płocie i patrzyli, jak akrobaci ćwiczą skoki między drzewami, a ogromne lwy, zupełnie spokojne, przechadzają się po trawie z niebieskimi piórami wetkniętymi w grzywy. Staszek twierdził, że jedno z nich mrugnęło do niego specjalnie. Hania udawała, że w to nie wierzy, choć sama nie była pewna, czy w tym cyrku da się wierzyć czemukolwiek.

W dniu pierwszego przedstawienia szkoła huczała jak ul. Kto miał bilet, trzymał go w dłoni jak skarb. Kto nie miał, próbował dowiedzieć się od wszystkich, czy naprawdę w cyrku klauni żonglują płonącymi bańkami, a papugi recytują wiersze lepiej niż pani od polskiego. Nauczyciele prosili o ciszę, ale nawet oni zerkali przez okno w stronę łąki, jakby sami chcieli już tam być.

Kiedy zapadł zmierzch, Hania i Staszek ruszyli na pokaz razem z tłumem ludzi. Niosło się zaproszenie muzyki, zapach karmelu i prażonej kukurydzy, a nad polaną unosił się wielki niebieski namiot, świecący od środka jak zaczarowany księżyc. Hania ścisnęła w kieszeni dwa bilety, a Staszek szedł tuż obok, tak podekscytowany, że co chwilę podskakiwał na chodniku.

Przy wejściu stał Pan Lorenzo, wysoki i szczupły, w cylindrze tak lśniącym, że można się było w nim przejrzeć. Uśmiechał się uprzejmie, ale jego oczy zdawały się zauważać wszystko. Gdy dzieci przeszły pod ciężką zasłoną, uderzył je słodki, dziwny zapach: cynamonu, dymu i czegoś jeszcze, czego Hania nie umiała nazwać.

W środku namiot był większy, niż wyglądał z zewnątrz. Na widowni mrugały lampki, krzesła trzeszczały cicho, a arena lśniła jak wypolerowane szkło. Najpierw wystąpili kuglarze z kotami, które stawiały łapy dokładnie tam, gdzie trzeba, jakby znały układ tańca lepiej niż ludzie. Potem klauni przeskakiwali przez obręcze otoczone cienkim, niebieskim ogniem, a dzieci na trybunach piszczały z zachwytu i strachu jednocześnie.

Największe brawa zebrał jednak Pan Lorenzo. Wyszedł na środek z klatką pełną papug i jednym ruchem ręki sprawił, że ptaki zaczęły mówić po francusku, jakby robiły to od zawsze. Jedna z papug zakończyła zwrotkę i poprawiła skrzydłem własne pióra. Druga zaśpiewała duet z dwoma zielonymi żabami siedzącymi przy misce z wodą. Staszek aż otworzył usta ze zdziwienia.

Ale Hania, zamiast patrzeć na arenę, zauważyła coś za nią.

Po prawej stronie namiotu wisiała ciężka aksamitna kotara. Ciemna, niemal czarna, przeszyta srebrną nicią. Nie była częścią żadnego numeru. Nikt nie zbliżał się do niej bez powodu. A jednak co jakiś czas spod jej brzegu wysuwał się wąski snop błękitnego światła. Zaraz znikał, potem wracał, jakby ktoś po drugiej stronie zapalał i gasił lampę w pośpiechu.

Hania zmrużyła oczy. Usłyszała też coś jeszcze: ciche szepty, krótkie śmiechy i dźwięk, który przypominał przesuwanie ciężkiej skrzyni po podłodze. Nie pasowało to do muzyki ani do oklasków.

– Widzisz to? – szepnęła.

Staszek od razu przestał się wiercić. Przysunął się bliżej i spojrzał w stronę kotary.

– Chodźmy tam – powiedział tak cicho, że prawie go nie usłyszała. – Tylko na chwilę.

Hania już chciała odpowiedzieć, że to głupi pomysł, kiedy w namiocie rozległ się niski, głęboki dźwięk. Nie był to dzwonek, nie był to grzmot, a jednak przeszedł po całym powietrzu jak drżenie. Rozmowy na trybunach przycichły. Nawet papugi umilkły.

Zza kotary wysunął się cień.

Najpierw zobaczyli ogromny, lśniący kapelusz. Potem długą dłoń z błękitną kulą, która jarzyła się własnym światłem. Postać zrobiła jeszcze jeden krok i stanęła tuż przy przejściu oddzielającym arenę od ciemnego zaplecza.

Hania poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła.

Staszek mocniej ścisnął jej rękę.

Cień uniósł głowę i spojrzał prosto na nich.