Noc podziemnych świateł

Maks i Lena schodzą do piwnicy starej kamienicy, by sprawdzić nocne błyski i dziwne dźwięki. W schowku na węgiel trafiają na kogoś, kto najwyraźniej nie powinien tam być.

Maks stał przy brudnej szybie i patrzył na podwórko, które po zmroku wyglądało jak wycięte z innego czasu. Stara kamienica przy ulicy Długiej trzymała się jeszcze prosto, ale tylko na pozór. Pęknięcia biegły przez ściany jak cienkie żyły, zardzewiała brama jęczała przy każdym przeciągu, a w ciasnym wnętrzu podwórza zawsze panował ten sam dziwny półmrok, nawet kiedy na niebie wisiało pełne słońce.

Była sobota, pierwszy dzień wakacji, a duszne powietrze ani myślało stygnąć. Lena siedziała na schodach z książką opartą o kolano, ale jej wzrok co chwilę uciekał w stronę piwnicznego wejścia. Kiedy usłyszała kroki brata, odłożyła lekturę i uniosła głowę.

— Znowu chcesz iść sprawdzić te błyski? — zapytała szeptem.

— Ktoś tam jest — odpowiedział Maks. — Widziałem światło pod drzwiami. I słyszałem ten dźwięk.

Nie powiedział tego głośno, ale od trzech nocy miał wrażenie, że w piwnicy kamienicy dzieje się coś, czego nikt nie powinien ignorować. Najpierw były krótkie migotania na końcu korytarza. Potem ciche brzęczenie, jakby ktoś uruchamiał starą maszynę. W końcu pojawiły się szepty między lokatorami, urwane zdania na klatce schodowej i nagłe milczenie, gdy ktoś próbował zapytać wprost.

Lena zamknęła książkę.

— To chodźmy — powiedziała tylko.

Wzięli latarki, które Maks trzymał w plecaku, i zeszli po schodach. Każdy stopień skrzypiał inaczej, jakby dom sam ostrzegał ich przed tym, co czekało niżej. W piwnicy uderzył ich chłód, lepki i stęchły, pachnący kurzem, wilgocią i starymi rurami. Na ścianach drżały cienie, a na końcu wąskiego korytarza migało światło, słabe, ale uparte, jak sygnał nadawany komuś, kto zna właściwy adres.

Zatrzymali się przed zamkniętym schowkiem na węgiel. Spod drzwi sączyła się wąska smuga barwy, która nie pasowała do szarej piwnicy — raz niebieska, raz zielona, raz czerwona. Maks położył dłoń na klamce. Metal był lodowaty.

Drzwi ustąpiły z cichym zgrzytem.

W środku leżały porozkładane kartony, kablowe plątaniny i małe lampki, które pulsowały nierównym rytmem. Pośrodku pomieszczenia stała skulona postać. Na dźwięk otwieranych drzwi podniosła się tak gwałtownie, że jedna z latarek przewróciła się na podłogę. Przez sekundę Maks widział tylko cień twarzy i błysk czegoś metalowego w dłoni nieznajomego.

Na ścianie za nim ciągnął się dziwny rysunek: labirynt linii, strzałek i znaków, których Maks nie umiał odczytać.

— Kim jesteście? — odezwał się mężczyzna albo chłopak, trudno było ocenić, bo głos miał niski i napięty. — Kto was tu przysłał?

Lena chwyciła Maksa za rękaw. Za ich plecami korytarz zdawał się nagle dłuższy, ciemniejszy, zamknięty jak pułapka. W tej samej chwili lampki zamigotały gwałtownie, a gdzieś głębiej rozległ się suchy, metaliczny trzask.

Jedna z cegieł w tylnej ścianie poruszyła się, jakby coś od środka właśnie naciskało na nią z całą siłą.