Julia i Michał trafiają nocą do biblioteki ukrytej między starymi kamienicami. W środku książki szepczą zaklęcia, a cienie zachowują się tak, jakby tylko czekały, aż ktoś je obudzi.
Julia lubiła nocne spacery po starym mieście, kiedy bruk błyszczał po deszczu, a latarnie rozlewały na murach blady, żółty poblask. Tego wieczoru nie szła sama. Michał, jej najbliższy przyjaciel, raz po raz przewracał oczami na każdą miejską legendę, ale i on dał się wyciągnąć w wąskie uliczki, gdzie cisza miała w sobie coś z niedopowiedzianej groźby.
Mgła spływała między kamienicami jak dym, przyklejała się do kratowanych okien i oblepiała skrzynki na listy. Julia zwolniła nagle. Między zamkniętym sklepem jubilerskim a opuszczonym teatrem dostrzegła drzwi, których wcześniej na pewno tam nie było. Wąskie, ciemne, prawie zlane z murem. Nad klamką wisiała niewielka tabliczka, na której srebrne litery układały się w dwa słowa: Biblioteka Cieni.
— Widzisz to? — szepnęła.
Michał zmrużył oczy. — Widzę. I właśnie to mnie niepokoi.
Zbliżyli się jeszcze o krok. Z wnętrza drzwi sączył się chłodny, siny blask, jakby po drugiej stronie paliły się lampy bez ognia. Julia położyła dłoń na klamce. Metal był lodowaty, a jednak pod palcami wyczuła lekkie drżenie, jakby coś po drugiej stronie oddychało razem z nią. Pchnęła.
Drzwi ustąpiły bez najmniejszego skrzypnięcia.
W środku uderzył ich zapach starych ksiąg, kurzu i czegoś jeszcze, ostrzejszego, przypominającego rozgrzany kamień po burzy. Sala była większa, niż mogła pomieścić fasada budynku. Półki wspinały się wysoko aż pod mrok sufitu i ginęły w nim jak w lesie. Między regałami płynęły cienie, lecz nie były nieruchome. Przesuwały się zbyt płynnie, za bardzo świadomie, jakby wiedziały, że zostały zauważone.
— Dobrze. To jest naprawdę dziwne — mruknął Michał, choć jego głos zabrzmiał ciszej niż zwykle.
Julia nie odpowiedziała. Na grzbietach książek migotały symbole, cienkie jak pęknięcia w lodzie. Niektóre tomy były oprawione w skórę ciemną jak noc, inne mieniły się głębokim fioletem, zielenią albo matowym srebrem. Kiedy zrobiła krok naprzód, kilka woluminów poruszyło się jednocześnie, jakby reagowały na jej obecność.
Jedna z książek wysunęła się sama z półki.
Przez sekundę wisiała w powietrzu, po czym z cichym stukiem spadła na stół stojący przy wejściu. Julia podeszła bliżej. Na okładce nie było żadnego tytułu, tylko znak podobny do zamkniętego oka. Gdy położyła na nim palce, przeszył ją lekki dreszcz.
— Nie otwieraj tego — powiedział Michał. Tym razem nie brzmiał ironicznie.
Julia już unosiła wieko.
W tej samej chwili światło w bibliotece przygasło, a półki jakby odsunęły się od siebie o oddech dalej. Szepty, które wcześniej były ledwie słyszalne, naraz zlały się w jeden niski, niespokojny pomruk. Ze stron księgi wypłynęły słowa, chłodne i wyraźne:
— Kto mnie budzi, niech pozna noc.
Za ich plecami coś cicho zastukało o podłogę.
Julia i Michał odwrócili się jednocześnie. Między regałami stał cień w ludzkim kształcie. Wysoki, nieruchomy, z twarzą rozmytą jakby pod powierzchnią czarnej wody. A potem uniósł rękę i wskazał prosto na otwartą księgę.