Noc w Cyrku Feniksa

Lena, Michał i Bartek trafiają na nocny pokaz tajemniczego cyrku. Za błyszczącą fasadą Feniksa czai się coś, co szybko zaczyna ich rozpoznawać.

Miasto tamtego wieczoru nie zasnęło. Nad starym rynkiem wisiały smugi kolorowych świateł, które odbijały się w kałużach jak rozrzucone szkło, a w samym środku placu wyrastał ogromny namiot Cyrku Feniksa. Jego wysoki dach ginął w ciemności, jakby nie był uszyty z płótna, tylko z nocy.

Lena, Michał i Bartek przeciskali się przez tłum z biletami zaciśniętymi w dłoniach. Czekali na ten pokaz od tygodni. Nocne przedstawienie miało być inne niż wszystkie: głośniejsze, odważniejsze, bardziej niepokojące. Właśnie dlatego chcieli tam wejść.

Przy wejściu zatrzymała ich kobieta w czarnej pelerynie, tak lśniącej, jakby była mokra od deszczu. Jej twarz skrywała złota maska feniksa, a głos miał miękkość, która bardziej ostrzegała, niż zapraszała.

Lena miała już odpowiedzieć, ale kobieta odsunęła zasłonę i wpuściła ich do środka. Wewnątrz uderzył ich upał, zapach kadzidła i prażonego cukru oraz hałas bębnów, skrzypiec i zachrypniętych okrzyków z widowni. Na arenie tańczyli połykacze ognia, nad głowami ludzi wirowali akrobaci, a mimowie poruszali się tak płynnie, że bardziej przypominali cienie niż żywych ludzi.

Z sufitu sypało się złote konfetti, ale nawet ono wydawało się dziwnie ciężkie, jakby spadało z opóźnieniem. Lena, rozglądając się po rzędach, zamarła. Jedna z twarzy w tłumie była jej znajoma aż do bólu: mężczyzna w czerwonej kamizelce miał ten sam zarys szczęki i identyczny tatuaż gwiazdy na nadgarstku jak dawny sąsiad jej matki. Michał ścisnął poręcz fotela, bo jeden z akrobatów, wirując wysoko pod kopułą, spojrzał prosto na niego i uśmiechnął się, jakby widział go już wcześniej.

Muzyka nagle urwała się w pół taktu. Reflektory zgasły. Przez namiot przetoczył się szmer, a potem cisza, ciężka i nieruchoma.

Na środku areny pojawiła się dyrektorka cyrku. Miała siwe włosy splecione w gruby warkocz i ciemnoczerwony frak, który w półmroku wyglądał niemal jak plama krwi. Uniosła ręce i przemówiła głosem spokojnym, zbyt spokojnym.

Bartek odwrócił się do wyjścia, ale było już za późno.

Publiczność wybuchła podnieconym wrzaskiem. Kurtyna za areną rozsunęła się z cichym szelestem, odsłaniając wąski, ciemny korytarz oświetlony drgającymi czerwonymi lampami. Z jego wnętrza napłynęło chłodne powietrze, zupełnie niepasujące do dusznego namiotu.

Lena poczuła, że coś w tym miejscu już na nich czeka.

I że zna ich lepiej, niż powinna.