Dom Luster

Czworo przyjaciół wchodzi nocą do opuszczonej willi pełnej luster. Wkrótce odkrywają, że ich odbicia zdradzają więcej, niż chcieliby pokazać.

Za starym miejskim parkiem stała willa, o której od lat mówiono półgłosem. Dom Luster wyglądał tak, jakby dawno przestał należeć do świata żywych: wybite okna, zapadnięty ganek, ogród połknięty przez chwasty. Tego lipcowego wieczoru Weronika zatrzymała się przed bramą tylko na chwilę. Potem pierwsza weszła na teren posesji.

Filip szedł tuż za nią, z rękami schowanymi w kieszeniach, jakby w ten sposób mógł ukryć napięcie, które narastało z każdym skrzypnięciem butów na żwirze. Anka próbowała żartować, ale jej głos brzmiał zbyt jasno, zbyt sztucznie. Tomasz milczał. Miał spuszczoną głowę i zaciśnięte usta; wyglądał, jakby żałował, że w ogóle dał się tu przyciągnąć.

W środku uderzył ich chłód i zapach kurzu, stęchlizny oraz czegoś jeszcze, czego nie umiałaby nazwać żadna z nich. Korytarz prowadził do dawnej sali balowej, a tam, pod pękniętym sufitem, stały rzędy luster. Jedno było większe od pozostałych, oprawione w ciemne drewno, niemal nienaruszone przez czas. Weronika podeszła pierwsza, lecz zatrzymała się tuż przed nim, jakby nagle poczuła, że coś w tym szklanym połysku nie pasuje.

Filip uniósł telefon i oświetlił taflę latarką. Na ekranie ich twarze wyglądały zwyczajnie, ale w lustrze coś się rozjeżdżało. Weronika widziała swój uśmiech, którego nie robiła. Filip patrzył na siebie z gniewem, zbyt ostrym, zbyt obcym. Na twarzy Anki błyszczały łzy. Tomasz w odbiciu był ledwie zarysem, jakby lustro nie potrafiło go utrzymać.

Nikt się nie odezwał. Powietrze zgęstniało, a wszystkie lustra w sali zadrżały jednocześnie, jakby ktoś stuknął w nie od drugiej strony. Wtedy w ciemnym oknie na końcu sali pojawił się cień postaci. Stał nieruchomo, dokładnie tam, gdzie przed chwilą nie było nikogo.