Czworo przyjaciół spędza noc w opuszczonym domu pod wielkim dębem. Wśród deszczu, kurzu i starych znaków coś zaczyna odpowiadać na ich obecność.
Deszcz uderzał o dach domu z uporem, jakby chciał wybić z niego ostatnie resztki spokoju. Stary budynek stał na skraju lasu, przyciśnięty do ziemi gałęziami ogromnego dębu, którego konary zasłaniały niebo nawet w świetle latarki.
Julka pierwsza przekroczyła próg. Miała dziewiętnaście lat i to ona wciągnęła tu Filipa, Lenę i Dawida, obiecując im noc, której nie zapomną. Mówiła o legendzie zaginionego właściciela domu spokojnym głosem, ale teraz, kiedy wilgotne ściany zamknęły się wokół nich, nawet ona ściszyła oddech. Chodziło podobno o odwagę. O prawdę. O to, czy w starych opowieściach zostaje choć odrobina kłamstwa, zanim całkiem rozpadną się w ciemności.
„Świetnie,” mruknął Filip. „To miejsce wygląda, jakby zaraz miało nas połknąć.”
Jego żart odbił się od ścian i zgasł gdzieś w głębi korytarza. Lena odruchowo przybliżyła się do Julki, a Dawid, który zwykle nie spuszczał wzroku z otoczenia, teraz patrzył na wszystko z napięciem człowieka, który już żałuje, że przyszedł.
Julka uniosła latarkę wyżej. Na ścianie, pod warstwą łuszczącej się farby, majaczył wyblakły rysunek drzewa. Pod nim ktoś zostawił ciąg drobnych, nieregularnych znaków, jakby zaszyfrowaną wiadomość albo ostrzeżenie.
„Widzicie to?” szepnęła.
Dawid natychmiast wyciągnął notes. Znał się na łamigłówkach, a tego typu symbole działały na niego jak wyzwanie rzucone prosto w twarz. Pochylił się bliżej, marszcząc brwi. Lena dotknęła ściany czubkiem palca, jakby chciała sprawdzić, czy to wszystko nie jest tylko brudem i przypadkowym śladem.
W tej samej chwili nad ich głowami rozległo się głuche stuknięcie.
Wszyscy zamarli.
Stuknięcie wróciło po sekundzie, cięższe, wyraźniejsze. Jakby coś przesunęło się po deskach strychu i zatrzymało dokładnie nad nimi.
„Wiatr,” powiedziała Julka, ale zabrzmiało to bardziej jak próba uspokojenia samej siebie.
Filip bez słowa włączył latarkę w telefonie. Światło drgnęło na mokrej podłodze i rozcięło korytarz w wąski, nerwowy pas. Uzgodnili spojrzeniem, że sprawdzą to razem, choć nikt nie wyglądał na przekonanego, że to dobry pomysł.
Schody na strych jęknęły pod ich ciężarem. Drewno było stare, spękane i śliskie od wilgoci, a każdy krok wydawał się zbyt głośny, zbyt śmiały, jakby dom natychmiast zapamiętywał ich obecność. Powietrze gęstniało z każdym metrem; pachniało kurzem, stęchlizną i czymś jeszcze, czymś trudnym do nazwania, jakby po latach ciszy przebudziło się tu coś dawno zapomnianego.
Na półpiętrze Filip nagle zatrzymał się i uniósł rękę.
Przed nimi drzwi na strych lekko drżały.
Nie od wiatru.
Z wnętrza dobiegał ledwie słyszalny szelest, a potem coś, co przypominało szept przylegający do drewna od drugiej strony.
Julka podeszła pierwsza. Serce waliło jej tak mocno, że aż bolało. Chwyciła za klamkę i otworzyła drzwi na oścież.
Na środku strychu stała mała szkatułka, zakurzona, stara, zamknięta tak długo, że niemal zlała się z podłogą. Teraz była otwarta. W jej wnętrzu pulsowało zielonkawe światło, ciche i nienaturalne, jakby coś w środku oddychało własnym rytmem.
Zanim ktokolwiek zdążył się odezwać, drzwi zatrzasnęły się z hukiem.
Latarki zgasły jednocześnie.
W ciemności rozległ się tylko przyspieszony oddech czwórki przyjaciół i powolne, przeciągłe skrzypnięcie, jakby coś bardzo starego właśnie podchodziło do szkatułki z drugiego końca strychu.