Noc w Księgarni Pod Złamanym Księżycem

Trójka przyjaciół trafia do starej księgarni, gdzie książki reagują na ich dotyk, a za ukrytymi drzwiami czeka coś, co zna ich przyszłość.

Ciężkie drzwi Księgarni Pod Złamanym Księżycem zamknęły się za Bartkiem, Moniką i Igorem z głuchym, niepokojącym trzaskiem. W środku panował półmrok, przesiąknięty zapachem starego papieru, kurzu i odrobiny cynamonu. Regały piętrzyły się aż pod niski sufit, ciasne i wysokie zarazem, jakby ktoś zbudował z książek labirynt, w którym łatwo się zgubić.

Była późna sobota, kiedy przyszli tutaj za tropem znalezionym przez Bartka. Na jego progu leżała zaklejona koperta z krótkim zdaniem: „Szukaj pośród słów, a znajdziesz to, czego szukasz”. Pod spodem widniał adres tej właśnie księgarni, starej jak legenda, o której mówiono w mieście półgłosem. Podobno nie zamykała się przed tymi, którzy przyszli nie z ciekawości, lecz z braku innego wyjścia.

Pani Lidia, właścicielka, czekała na nich przy ladzie. Miała spokojny głos i spojrzenie, które zatrzymywało się na człowieku o sekundę dłużej, niż wypadało. Skinęła im tylko głową, jakby wiedziała dokładnie, po co przyszli, i powiedziała: — Książki same wybierają sobie czytelników. Potem odwróciła się i zniknęła między półkami, zostawiając ich samych z ciszą, która aż dzwoniła w uszach.

Monika pierwsza sięgnęła po tom w niebieskiej skórze. Kiedy otworzyła go na chybił trafił, litery zadrżały, a potem rozjarzyły się bladym światłem, jakby ktoś tchnął w nie życie. Z głębi stron dobiegł cichy szelest, zbyt regularny, by był tylko szelestem papieru. Monika cofnęła dłoń, ale książka zdawała się śledzić każdy jej ruch.

Igor próbował dosięgnąć grubego tomu stojącego wysoko na ostatniej półce. W chwili, gdy palce musnęły grzbiet, księga sama wysunęła się z rzędu i wylądowała w jego rękach z ciężarem, który wyraźnie poczuł w nadgarstkach. Okładka była ciepła. Niepokojąco ciepła. Jak skóra czegoś, co jeszcze przed momentem było żywe.

Bartek, prowadzony niejasnym przeczuciem, ruszył w głąb księgarni. Za ostatnim regałem znalazł fioletową kotarę, tak ciemną, że prawie stapiała się ze ścianą. Za nią kryły się wąskie drzwi uchylone na szerokość dłoni. Przez szczelinę sączył się złotawy blask, nienaturalny i zbyt jasny jak na tę część sklepu. Zawołał przyjaciół.

Stanęli we trójkę przed wejściem, gdy powietrze wokół nich nagle stężało. Monika ścisnęła książkę tak mocno, że zbielały jej knykcie. Igor odruchowo cofnął się o krok. Bartek położył dłoń na klamce, ale zanim ją nacisnął, z wnętrza dobiegł szept, niski i zbyt wyraźny, by mógł należeć do kogoś żywego: — Wejdźcie. Czas się kończy.

Nikt się nie poruszył przez dłuższą chwilę. Potem drzwi same uchyliły się szerzej, a z mroku wypłynęło światło tak mocne, że na moment zatarło kontury regałów. Bartek zrobił krok naprzód. Zza progu doleciał jeszcze jeden dźwięk: suchy szelest przewracanej strony. Jakby coś po drugiej stronie już otworzyło ich książkę i czekało, aż spojrzą.