Emilia i Igor wracają przez park po godzinach pracy i odkrywają, że stare latarnie kryją coś więcej niż światło. Noc szybko przestaje być zwyczajna.
Emilia lubiła myśleć, że miasto najlepiej odsłania swoje sekrety po zmroku. Wtedy nic nie wyglądało tak, jak w południe: witryny gasły, ulice miękły w cieniu, a znajome miejsca robiły się odrobinę obce. Gdy szła z Igorem przez park po kolejnej długiej zmianie, miała wrażenie, że noc czekała właśnie na nich.
Powietrze było nieruchome, ciężkie od letniego ciepła i zapachu mokrych liści. Platanowe gałęzie wisiały nad ścieżką jak ciemne ramiona, a stare latarnie rzucały na żwir blade, złotawe kręgi. Światło nie migotało, ale drżało w jakiś dziwny, niemal żywy sposób. Emilia zwolniła krok, bo coś w tym obrazie wydało jej się niepokojąco nie na miejscu.
Najpierw zauważyła cień Igora. Odsunął się od jego stóp o pół kroku, jakby należał do kogoś innego. Igor też to zobaczył, bo zatrzymał się gwałtownie i odwrócił głowę. W tej samej chwili cień Emilii poruszył się w przeciwną stronę, choć ona stała nieruchomo. Przez sekundę oboje tylko patrzyli na siebie w milczeniu, zbyt zaskoczeni, żeby zażartować.
Potem spod najstarszej latarni dobiegł szept. Cichy, chropawy, ledwie wyłowiony z szelestu drzew. Emilia wstrzymała oddech. Szept powtórzył się, bliżej, wyraźniej, jakby ktoś mówił prosto do szkła klosza. Igor ścisnął jej dłoń tak mocno, że aż poczuła to w nadgarstku.
Zatrzymali się pod światłem lampy, a ono nagle przybrało chłodny, błękitny odcień. Kolejne latarnie zapaliły się jedna po drugiej, aż cały park zamigotał jak rozbudzony sen. Z ciemności wypłynęły słowa, wypowiedziane już nie szeptem, lecz chórem: „Jeśli chcecie poznać sekret tego miasta...”
Ziemia pod ich stopami drgnęła lekko. Ścieżka przed nimi pociemniała, po czym rozstąpiła się w wąski pas światła prowadzący głębiej między drzewa. Emilia zrobiła mimowolny krok do przodu. Wtedy z najbliższej latarni odezwał się kolejny głos, tym razem już tylko do niej: „Emilio, nie odwracaj się.”