W opuszczonym teatrze „Aurora” stare lustra zaczynają mówić do Mateusza, młodego scenografa. Jedna noc odsłania pamięć miejsca i otwiera przejście, którego nie powinno tam być.
Mateusz wracał do teatru „Aurora” zawsze wtedy, gdy miasto milkło. W dzień budynek wyglądał jak martwa dekoracja: wybite szyby, zgaszone kinkiety, sceniczne kurtyny zwisające jak ciężkie, zakurzone oddechy. W nocy było inaczej. W pustych korytarzach coś jeszcze trwało. Czasem skrzypienie deski, czasem echo kroku, którego nikt nie stawiał. Mateusz, początkujący scenograf, lubił tę ciszę bardziej niż zgiełk prawdziwych pracowni. Tu nie musiał udawać, że wszystko da się od razu naprawić.
Tego wieczoru porządkował starą garderobę na zapleczu. Rozsuwał popękane wieszaki, odgarniał kostiumy przysypane pyłem i kartonowe pudła po rekonstrukcji dawno zapomnianej premiery. Dopiero kiedy odsunął zagraconą parawanową ściankę, zobaczył lustro, którego wcześniej nie było w planach. Stało ciężko i pewnie, niemal wciśnięte między manekiny, jakby ktoś ukrył je tam celowo. Ozdobna rama była pełna rzeźbionych masek, a szkło połyskiwało chłodnym blaskiem, choć jedyna żarówka nad drzwiami od dawna powinna świecić zbyt słabo, by coś odbijać.
Mateusz zatrzymał się w pół kroku.
Z tafli dobiegł go szept.
Najpierw tak cichy, że mógł go wziąć za szelest materiału. Potem wyraźniejszy, spokojny, nienaturalnie bliski.
— Wreszcie ktoś przyszedł.
Mateusz cofnął się gwałtownie i omal nie przewrócił krzesła reżyserskiego stojącego pod ścianą. W lustrze zobaczył własną twarz, ale obok niej mignęło coś jeszcze: ciemny kształt przesuwający się za jego plecami, chociaż odwrócił się natychmiast i w garderobie nikogo nie było.
— Nie uciekaj — odezwał się drugi głos, niższy i starszy, dochodzący z niewielkiego lusterka do makijażu leżącego na stole. — I tak już nas usłyszałeś.
Mateusz poczuł suchość w gardle. — Kto mówi?
— Nie kto. Co — odpowiedziało duże lustro. — Jesteśmy tym, co zostało po teatrze, kiedy ludzie przestali patrzeć uważnie.
Szkło zadrżało lekko, jak powierzchnia wody poruszona oddechem. W kolejnych taflach rozbłysły obrazy: scena pełna świateł, twarze aktorów, których nie mógł znać, urwane półsłówka, cień kobiety w długiej sukni, czyjeś dłonie zaciskające się na framudze kulisy. Wszystko trwało ułamek sekundy i znikało, zostawiając po sobie tylko zimno.
Mateusz zrobił krok do przodu, choć rozsądek krzyczał, żeby tego nie robił. Wtedy największe z luster poruszyło się bezdźwięcznie i uchyliło jak drzwi. Za taflą nie było ściany. Był wąski, ciemny przesmyk, z którego dochodził cichy śmiech i wyraźny skrzyp schodów gdzieś głębiej, pod teatrem.
Mateusz wstrzymał oddech. W szczelinie coś się poruszyło, jakby czekało, aż wejdzie pierwszy.