Czworo studentów zostaje po godzinach w stomatologicznym laboratorium profesora Świeżyzuba i natrafia na eksperyment, który zaczyna żyć własnym życiem.
Na Uniwersytecie Medycznym, niemal w cieniu szklanej biblioteki, mieściło się laboratorium profesora Świeżyzuba. Sam profesor miał już siwe skronie, ale w oczach wciąż ten sam upór człowieka, który nie znosi półśrodków. W jego królestwie stały modele szczęk wielkie jak dekoracje teatralne, stalowe kolby połyskiwały pod lampami, a na półkach równo ustawiono fiolki z płynami we wszystkich odcieniach bieli, zieleni i granatu.
Gdy czerwcowy wieczór osiadł nad miastem ciężkim, dusznym zmierzchem, Lena, Maciek, Basia i Filip zostali po godzinach, żeby pomóc przy nowym eksperymencie profesora. Miał dotyczyć bakterii w jamie ustnej, ale Świeżyzub mówił o nim tak, jakby chodziło o coś znacznie większego niż zwykłe badanie. Nie zdradził szczegółów. Tylko poprosił, żeby nikogo nie zdziwiło to, co zobaczą po północy.
Przy pierwszym stole Lena układała szkiełka do mikroskopu, Maciek odmierzając płyny zbyt pewną ręką udawał spokój, Basia notowała każde słowo profesora, a Filip śledził wykresy na ekranie komputera podłączonego do kamery. Noc szybko zmieniła laboratorium. Za dnia było sterylne i uporządkowane, teraz lampy rzucały na ściany długie, nerwowe cienie, a w powietrzu unosił się ostry zapach pasty do zębów zmieszany z czymś metalicznym, niepokojąco suchym.
Najpierw odezwał się komputer Filipa. Z głośników popłynął cichy, rytmiczny szelest, jakby ktoś powoli przesuwał szczoteczką po szkle. Potem jedna z fiolek, jeszcze przed chwilą przezroczysta, zabarwiła się na nienaturalnie intensywny błękit. Lena pochyliła się nad mikroskopem i zesztywniała, bo w polu widzenia poruszyły się drobne kształty, których nie dało się pomylić z niczym znanym. Basia przestała pisać, gdy od wewnątrz szyby zaparowały tak gęsto, jakby w środku ktoś oddychał.
Kiedy zegar wybił północ, ekran komputera rozjarzył się nagle barwami. Obraz z mikroskopu rozciągnął się, ożył i zaczął układać w coś, co wyglądało jak maleńki, pulsujący świat. Mikroskopijne postacie poruszały się już nie chaotycznie, lecz z wyraźnym zamiarem, a ich ciche dźwięki przypominały szmery rozmowy. Wszyscy wpatrywali się w ekran, aż jedna z bakterii odwróciła się dokładnie w stronę kamery.
Jej połyskująca powierzchnia zamigotała, jakby posiadała spojrzenie. W laboratorium zapadła cisza tak głęboka, że słychać było tylko tykanie zegara.
Wtedy ciężkie drzwi przy końcu sali drgnęły i zaczęły powoli się otwierać, choć profesor Świeżyzub miał przy sobie jedyny klucz.