Noc w laboratorium starego liceum

Piątka maturzystów zostaje po godzinach w zamkniętym skrzydle szkoły. Kiedy noc zaczyna pulsować dziwnymi dźwiękami, zwykłe szkolne laboratorium przestaje wyglądać zwyczajnie.

Był czerwcowy, duszny wieczór, kiedy ostatni dzwonek w Liceum nr 7 zabrzmiał jak zgrzyt metalu o szkło. Echo przetoczyło się po pustych korytarzach skrzydła B i zgasło pod sufitem, gdzie żółte świetlówki mrugały ospale, jakby same były zmęczone końcem roku.

W sali chemicznej zostało tylko pięć osób. Gosia, która zawsze brała wszystko na siebie, Marek ze swoim chłodnym, analitycznym spojrzeniem, Natalia z aparatem przewieszonym przez ramię, Kuba nieodmiennie gotowy do kąśliwego komentarza i Igor, dla którego każdy zapach odczynników był obietnicą odkrycia. Mieli dopracować ostatnie próby przed konkursem naukowym, nic więcej. Przynajmniej tak to brzmiało, kiedy wchodzili po schodach.

Prawda była prostsza i bardziej ekscytująca: całe skrzydło szkoły należało tej nocy do nich. Woźny zamknął główne wejście po osiemnastej, zgodnie ze swoim „starym protokołem”, a na odchodne rzucił z półuśmiechem, żeby zostawili wszystko na miejscu i, dla własnego dobra, nie schodzili do piwnicy. Gosia uznała to za jeden z jego zwykłych dziwacznych żartów. Marek tylko wzruszył ramionami. Kuba już otwierał usta, by coś skomentować, ale Igor uciszył go ruchem dłoni i znowu pochylił się nad próbówkami.

Powietrze w sali było ciężkie od kredy, starego linoleum i ostrzejszego, metalicznego zapachu, którego nikt nie umiał nazwać. Za ścianą coś stuknęło. Potem jeszcze raz. Nie brzmiało to jak upadający przedmiot, raczej jak ostrożne, powolne kroki, które zatrzymały się tuż obok drzwi.

Natalia uniosła głowę pierwsza. – Słyszeliście?

Kuba parsknął krótko, ale jego głos zabrzmiał zbyt lekko, by kogokolwiek uspokoić. – Może szkoła wreszcie ma duszę. Albo dyrektor nie może znaleźć swojej.

Nikt się nie zaśmiał.

Gosia odsunęła krzesło i wstała. – Sprawdzimy to.

Wyjęli telefony, włączyli latarki i wyszli na korytarz. Światło przecinało ciemność krótkimi, nerwowymi pasmami, odsłaniając tablice z wyblakłymi zdjęciami olimpiad sprzed lat, krzywo przyklejone plakaty i zamknięte drzwi, za którymi szkolne życie dawno już ucichło. Im bliżej podchodzili do sąsiedniej klasy, tym ciszej oddychali.

Drzwi były tylko uchylone. Marek pchnął je ostrożnie i wtedy wszyscy zamarli: w środku paliło się światło, choć nikt go nie zapalił. Na środku ławki leżał otwarty zeszyt, a obok niego metalowa kulka, gładka i ciemna jak wypolerowane szkło. Nie wyglądała na szkolny sprzęt. Nie wyglądała też na coś, co powinno znajdować się w tej sali.

Za ich plecami drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Na korytarzu rozległ się niski, przeciągły dźwięk, jakby ktoś powoli przeciągał ciężki przedmiot po podłodze. Igor odwrócił się pierwszy, blady jak ściana.

– To nie mógł być wiatr – wyszeptał.

W tej samej chwili tablica interaktywna rozbłysła białym światłem. Przez ułamek sekundy pojawił się na niej obraz korytarza, ale nie tego, na którym stali. I ktoś, albo coś, właśnie przechodziło przez niego w ich stronę.