Trójka studentów uczy się nocą w pustym gmachu, gdy drobny odgłos prowadzi ich do zamkniętego laboratorium chemicznego. Za drzwiami czeka coś, czego nie powinno tam być.
W starym gmachu Wyższej Szkoły Nauk Technicznych noc miała własny ciężar. Nawet o tej porze budynek nie wyglądał na pusty - jakby w ścianach została resztka dawnych kroków, szeptów i pośpiechu. W sali 213 paliła się tylko jedna lampka nad stołem, a przy niej siedzieli Patryk, Ola i Damian, wciągnięci w papierową walkę z egzaminem, który miał ich dopaść następnego ranka.
Na stole piętrzyły się notatki, zakreślacze i kubki po dawno wystygłej kawie. Za oknami wiatr szarpał gałęziami, a w grzejnikach co jakiś czas coś jęczało przeciągle, jakby budynek protestował przeciwko temu, że ktoś jeszcze ma odwagę tu siedzieć.
Ola pierwsza podniosła głowę.
Patryk nawet nie zdążył odpowiedzieć, bo z korytarza dobiegł suchy, pojedynczy stuk. Nie głośny. Właśnie przez to nieprzyjemny.
Damian odłożył długopis i spojrzał w stronę drzwi.
Patryk parsknął nerwowo, ale bez przekonania. Wszyscy troje znali ten ton w jego głosie - udawaną lekkość, pod którą czaiło się napięcie. Ola wstała pierwsza, wsuwając telefon do dłoni jak latarkę. Damian poszedł za nią po chwili, a Patryk, po krótkim zawahaniu, zgarnął z krzesła kurtkę.
Korytarz był zimniejszy niż sala. Światło awaryjnych lamp rozlewało się blado po ścianach, podkreślając kurz osiadły na szafkach i wyblakłe afisze przypięte krzywo do tablic ogłoszeń. Ich kroki odbijały się pustym echem, które wracało do nich z opóźnieniem, jakby ktoś szedł tuż za nimi.
Dźwięk prowadził ich dalej, w stronę starego skrzydła, którego normalnie nikt po zmroku nie używał. Kiedy dotarli do końca, stukot urwał się tak nagle, że wszyscy troje stanęli bez ruchu.
Przed nimi znajdowały się drzwi do laboratorium chemicznego. O tym miejscu krążyły w szkole różne opowieści, zawsze opowiadane półgłosem i zawsze z tym samym zakończeniem: że lepiej tam nie zaglądać. Klamka była lodowata, a na metalu widać było ciemne smugi, jak po wielokrotnym dotykaniu mokrą dłonią.
Patryk położył na niej palce.
Drzwi ustąpiły niemal od razu.
W środku uderzył ich zapach stęchlizny, kurzu i czegoś jeszcze - ostrego, metalicznego, trudnego do nazwania. Światło z telefonów przecięło ciemność i zatrzymało się na mokrych śladach na posadzce. Prowadziły przez środek sali, między stołami, wprost w głąb laboratorium.
Na półkach stały rzędy zakurzonych słoików z etykietami wyblakłymi do granic czytelności. Przy ścianie wisiała tablica pokryta starymi notatkami, a na końcu pomieszczenia, pod czarną ceratą, coś poruszyło się powoli.
Nikt nie powiedział ani słowa.
A potem spod materiału dobiegł cichy, przeciągły szelest.