Noc w Mieście Cieni

W ruinach Miasta Cieni znikają kolejne zwierzęta. Szelma i Fen ruszają tropem tajemnicy, która prowadzi ich do okna, w którym pali się czerwone światło.

Deszcz spływał po ruinach Miasta Cieni cienkimi, zimnymi smugami. Opuszczone kamienice stały puste jak wydrążone zęby, a wiatr przeciskał się przez wybite okna i rozchwiane bramy, niosąc ze sobą zapach mokrego tynku, rdzy i czegoś jeszcze, czego Fen nie umiał nazwać. Pod murem dawnego kina przemknął niewielki cień. To była Szelma, czarna sroka z błyskiem w oku i nerwowym stukiem dzioba, który brzmiał jak ostrzeżenie.

Fen czekał na parapecie kamienicy po drugiej stronie ulicy. Rudy lis wyglądał w półmroku niemal jak płomień przygaszony przez deszcz. Obserwował podwórko, gdzie ciemność zbierała się w głębokich kieszeniach między gruzem a zarwanymi schodami. Ostatnie dni przyniosły zbyt wiele szeptów: koty znikały z dachów, szczury urywały zdania w pół słowa, nawet psy milkły przy ogniskach rozpalanych w starych magazynach. Coś chodziło po Mieście Cieni, ale nikt nie potrafił powiedzieć, czym to coś było.

– Widzisz ruch? – szepnęła Szelma, nie odrywając wzroku od bramy prowadzącej na zapuszczone podwórko.

Fen zmrużył oczy.

– Tak. Ale to nie człowiek. Za ciężki cień, za mało kroków.

Wtedy spod murku dobiegł ich cichy jęk. Z ciemności wysunęła się trójnożna suczka Misza, mokra do skóry i wyraźnie przerażona. Jej sierść była skołtuniona, a oddech rwał się, jakby biegła bez końca.

– Oni są wszędzie – wyszeptała. – Tylko nie patrzcie w okna. Wzrok ich przyciąga.

Szelma przechyliła głowę, a Fen poczuł, że napięcie ściska mu kark.

– Musimy sprawdzić, co tu się dzieje – powiedział. Głos zabrzmiał pewniej, niż się czuł.

Misza cofnęła się o krok. W tej samej chwili w najwyższej kamienicy po drugiej stronie placu rozbłysło czerwone światło. Jedno okno, potem drugie. W ciemności zamajaczyła wysoka, nienaturalnie nieruchoma sylwetka, zbyt cicha, zbyt bliska temu, by mogła być tylko cieniem. Szelmie zaschło w gardle. Fen napiął łapy. Misza zniknęła za stertą gruzu.

– Jeśli chcemy przeżyć tę noc, musimy iść tam – szepnął Fen, wskazując na świecące okna.

I wtedy coś poruszyło się po drugiej stronie szkła, jakby właśnie zauważyło, że ktoś patrzy.