Noc w Mieście Lisów

W opuszczonym parku znikają kolejne zwierzęta, a grupa nastoletnich lisów rusza tropem czegoś, co czai się w ciemnościach między drzewami.

Stary park na skraju miasta wyglądał za dnia jak zapomniany skrawek zieleni, ale nocą budził się do drugiego życia. Wśród splątanych krzewów, mokrych liści i przewróconych ławek przemykały lisy, które znały każdy kamień, każdą norę i każdy skrzypiący konar. Ich społeczność miała własne zasady, własne ścieżki i własne sekrety.

Najstarszy był Szelest. Mówił niewiele, za to patrzył tak, jakby widział więcej niż inni. Ruda, jego siostrzenica, potrafiła znaleźć wyjście z każdej opresji, choć czasem sama ją wywoływała. Puszek zaś najpierw działał, potem myślał, a mimo to zwykle trafiał tam, gdzie coś się działo.

Tego wieczoru wezwano ich pod stary klon. Mgła leżała nisko nad ziemią, a zimno wciskało się pod futro. Coś jednak było gorsze od chłodu. Od kilku tygodni znikały zwierzęta. Najpierw dwa młode jeże. Potem sroka Dzwonek, która jeszcze poprzedniej nocy przesiadywała na ogrodzeniu i plotkowała o wszystkim, co widziała. Od tamtej pory nikt nie wracał ze spacerów w stronę południowej części parku bez oglądania się za siebie.

Puszek nerwowo poruszył ogonem. "Może po prostu uciekły?"

"Nie wszystkie jednocześnie" - odbiła Ruda, nie odrywając wzroku od ciemności między drzewami. "Ktoś je widział. Albo ktoś je zabrał."

Szelest przycisnął łapy do ziemi. "A jeśli coś tu poluje, nie wolno nam wejść w to bez planu."

Plan pojawił się szybciej, niż się spodziewali. Dołączyła do nich Koko, sowa, która widziała z góry to, czego inni nawet nie podejrzewali. Przyszedł też Gaweł, stary jeż o krótkich łapach i zaskakująco szybkim nosie do tuneli. Razem przecisnęli się pod pękniętym płotem i ruszyli w stronę południowego zakątka parku, gdzie liście zalegały grubą warstwą, a powietrze pachniało wilgocią i starym drewnem.

Nagle Koko spadła niemal pionowo z gałęzi i zatrzymała się tuż przed Rudą. "Tam" - wyszeptała. "Pod mostem. Coś się rusza."

Wszyscy zamarli.

Pod łukiem starego mostu majaczył cień. Dwie żółte plamki rozbłysły w mroku, nieruchome i czujne. Puszek przywarł do ziemi. Gaweł wsunął się pod kępę liści. Koko rozłożyła skrzydła, gotowa poderwać się w górę. A cień pod mostem ani drgnął, jakby czekał, aż lisy zrobią pierwszy ruch.

Ruda przełknęła ślinę i zrobiła krok do przodu. "Jeśli to naprawdę ma coś wspólnego ze zniknięciami..." szepnęła.

Wtedy w ciemności coś trzasnęło. Żółte oczy zgasły, a z mgły dobiegł cichy, urwany oddech.