Noc w Pralni Automatycznej „Bąbel Deluxe”

Burzowej nocy Filip, Zośka i Paweł trafiają do pralni, która ma więcej sekretów niż automat z resztą. Jeden błysk, kilka dziwnych przycisków i zaczyna się coś, czego nikt nie planował.

Deszcz walił w szyby tak uparcie, jakby chciał się dostać do środka bez pytania o zgodę. Neony Śródmieścia rozmazywały się w kałużach, a nad wejściem do Pralni Automatycznej „Bąbel Deluxe” migotał szyld, który od lat wyglądał, jakby zaraz miał się obrazić na cały świat. W taką noc porządni ludzie siedzieliby w domu. Filip, Zośka i Paweł uznali jednak, że porządni ludzie to kiepskie towarzystwo.

Filip wszedł pierwszy, ściskając torbę wypchaną skarpetkami w jednorożce, w gwiazdki i w jedną parę, której od dwóch miesięcy szukał po mieszkaniu, pracy i życiu. Był grafikiem komputerowym, czyli człowiekiem, który potrafił poprawić kolor czyjegoś logo szybciej niż własny sen. Za nim wtoczyła się Zośka z kubkiem kawy tak czarnej, że wyglądała jak osobisty protest przeciwko świtowi. Na końcu pojawił się Paweł, programista i samozwańczy specjalista od wszystkiego, co ma kabel, ekran albo niepokojący dźwięk. Miał minę człowieka, który nawet do automatu z napojami podchodzi z podejrzeniem.

W pralni pachniało proszkiem, ciepłą parą i lekką desperacją. Bębny zaczęły się kręcić, monety pobrzękiwały w szufladkach, a żółta poświata lamp odbijała się od mokrych kafelków. Przez chwilę wszystko było zwyczajnie nudne, co w przypadku „Bąbel Deluxe” należało uznać za podejrzane. Potem z zewnątrz huknęło tak blisko, że szyby zadrżały, światło przygasło i z automatu do napojów z trzaskiem wypadła puszka coli, jakby ktoś po drugiej stronie ściany właśnie przegrał zakład o ludzką cierpliwość.

Zośka spojrzała na puszkę, potem na Filipa.

„To chyba pierwszy lokal w mieście, który zaczyna rozumieć moje potrzeby” - powiedziała.

Filip parsknął śmiechem, Paweł podniósł puszkę, obejrzał ją z obu stron i wcisnął łokciem panel z napojami.

Zamiast kolejnej coli wysunęła się plastikowa kaczuszka do kąpieli.

Przez sekundę nikt się nie odezwał. Potem Zośka wydała z siebie dźwięk, który był czymś pomiędzy kaszlem a śmiechem, a Filip zakrył twarz dłonią, jakby bał się, że sam się dziś już nie pozbiera. Paweł odruchowo spojrzał w górę, jak człowiek, który spodziewa się, że zaraz spadnie na niego instrukcja obsługi albo przynajmniej mandat.

To właśnie wtedy Filip zauważył coś za stertą pojedynczych skarpetek w kącie. Wąskie drzwi, prawie niewidoczne w półmroku, z tabliczką: TYLKO DLA PERSONELU.

Zośka przestała się śmiać pierwsza. To też powinno ich zaniepokoić.

„Oczywiście, że tam wejdziemy” - powiedziała, zanim ktokolwiek zdążył ją od tego odwieść.

Klamka ustąpiła zaskakująco lekko. Drzwi otworzyły się bez skrzypnięcia, jakby ktoś po drugiej stronie czekał na ten dokładnie moment. W środku panował półmrok przecięty czerwonym światłem awaryjnej lampki. Pośrodku małego pomieszczenia stało coś, czego żadne z nich nie umiało od razu nazwać: maszyna przypominająca jednocześnie pralkę, fortepian i fotel dentystyczny, tylko bardziej niepokojąca, bo wyraźnie sprawiała wrażenie, że wie o nich więcej, niż powinna.

Na ścianach wisiały wyblakłe plakaty z lat dziewięćdziesiątych, a z głośnika sączyła się krzywa melodia, jakby ktoś próbował zagrać „Sto lat” na harmonijce, mając pełne usta waty cukrowej i wyjątkowo zły dzień. Paweł zrobił krok do przodu, wyciągnął z kieszeni śrubokręt i zmrużył oczy z tym swoim wyrazem twarzy, który zwykle oznaczał kłopoty albo ciekawość. W praktyce jedno często przechodziło w drugie.

Maszyna zaskrzypiała.

Potem drgnęła.

Potem zapaliła się nad nią czerwona lampka, ostra jak ostrzeżenie.

Paweł już miał sięgnąć narzędziem do panelu, kiedy urządzenie wykonało coś pomiędzy ukłonem a spazmem, wydając z siebie dźwięk podobny do kukułki udającej suszarkę do włosów. Filip cofnął się o krok. Zośka przestała oddychać na ułamek sekundy.

Z głośnika trzasnęło, zaszumiało i rozległ się głos, cichy, metaliczny, zupełnie niepasujący do pralni:

„Uwaga. Uruchomiono tryb nieprzewidziany.”