Noc w starej bibliotece

Marta, Adam i Lena zostają po godzinach w zamkniętym skrzydle szkolnej biblioteki. Wśród kurzu, ciszy i starych papierów trafiają na zapis, który uruchamia coś, czego nie powinno tam być.

O dwudziestej korytarz szkolny był już niemal martwy. Tylko zegar nad wejściem odmierzał czas z uporem kogoś, kto nie zamierza wybaczać spóźnień. Marta pierwsza wsunęła dłoń w ciężkie, skrzypiące drzwi starego skrzydła biblioteki, a za nią przecisnęli się Adam i Lena. Przez chwilę stali bez ruchu, nasłuchując, czy ktoś nie idzie ich szukać. Nikt nie przyszedł. Został tylko zapach kurzu, wilgotnego papieru i czegoś jeszcze, metalicznego, chłodnego, jakby to miejsce od dawna oddychało inaczej niż reszta szkoły.

„Jest tu gorzej, niż mówiły plotki” – szepnęła Lena i podniosła telefon. Snop światła przeciął mrok, zatrzymując się na wysokich regałach, które ginęły w cieniu pod sam sufit. Półki uginały się pod ciężarem starych tomów, pożółkłych kart i pudeł opisanych wyblakłym atramentem. Na środku sali stał stół, a na nim leżał otwarty zeszyt, jakby ktoś przed chwilą od niego odszedł.

Adam podszedł pierwszy. Dotknął okładki, po czym cofnął palce, jakby papier był zimniejszy niż powinien. „To nie jest zwykły zeszyt” – powiedział. „Patrzcie na datę.”

Marta przechyliła się nad stroną. Pismo było ciasne, staranne, prowadzone z nerwową dokładnością. Kilka linijek wystarczyło, żeby poczuła, jak coś nieprzyjemnie zaciska się jej w żołądku. To nie był szkolny regulamin ani katalog. To był zapis czyjegoś strachu.

Lena jeszcze otwierała usta, gdy z głębi regałów dobiegł szelest. Krótki. Wyraźny. Jak przesuwana po półce książka.

Wszyscy troje zesztywnieli.

„To wiatr” – wyszeptał Adam, ale nawet on nie brzmiał przekonująco.

Szelest powtórzył się, bliżej. Potem trzeci raz, już tuż obok nich. Lena obróciła telefon w stronę ciemności między regałami i światło drgnęło na krawędzi czyjejś sylwetki. Tylko na ułamek sekundy, ale wystarczająco długo, żeby zobaczyli, że ktoś tam stoi.

„Kto tam jest?” – zapytał Adam, ciszej, niż sam chyba chciał.

Odpowiedziała mu cisza, a zaraz po niej szept, tak bliski, jakby ktoś nachylił się tuż nad ich ramieniem:

„Nie powinniście tu być.”

Marta zacisnęła dłonie na zeszycie. W tej samej chwili coś kliknęło w ścianie za regałem, migotliwe światło przesunęło się po zakurzonych grzbietach książek i ukryte drzwi zaczęły powoli się uchylać.