Maja i Leon zostają po zamknięciu w antykwariacie pana Horsta. Gdy milkną zegary, a przedmioty zaczynają mówić, noc szybko zamienia się w labirynt sekretów, ostrzeżeń i czyjejś obecności na schodach.
Maja i Leon kochali miejsca, w których czas osiadał grubą warstwą kurzu: stare książki, pożółkłe mapy, dziwne bibeloty i ten ciężki zapach papieru, który unosił się tylko w antykwariacie pana Horsta. Dlatego bez wahania zgodzili się zostać po zamknięciu i pomóc staruszkowi w porządkach. Mieli wynieść kilka pudeł, zasunąć kraty i zgasić światła. Nic wielkiego. Zwykły letni wieczór, który skończył się za późno.
Kiedy zegar na rynku wybił północ, w sklepie zostali już tylko oni, rzędy wysokich regałów i cisza, która zdawała się słuchać ich kroków. Na półkach stały porcelanowe lalki z nieruchomymi twarzami, globusy wytarte do matu, srebrne ramki, klatki bez ptaków, świeczniki ciemne od starego wosku. Nagle za oknem poderwał się wiatr. Wcisnął się pod framugi, zaszeleścił zasłonami i jednym szarpnięciem zgasił wszystkie świece poza jedną, tą na mosiężnym świeczniku przy ladzie.
Maja zatrzymała się pierwsza.
– Leon... słyszałeś?
Nie musiała kończyć. Z ciemności spod zegara dziadka dobiegł krótki, suchy chichot, tak niepasujący do pustego sklepu, że Leon odruchowo cofnął rękę od najbliższej półki.
– To nie jest śmieszne – wyszeptał, choć sam brzmiał, jakby nie był tego pewien.
Wtedy globus stojący obok nich drgnął. Raz. Potem drugi. Obrócił się powoli, jakby ktoś niewidzialny sprawdzał na nim kierunek. Po chwili rozległ się niski, szeleszczący głos:
– Jeśli przyszliście po odpowiedzi, trafiliście we właściwe miejsce. Jeśli po spokój, to już za późno.
Maja poczuła, jak przechodzi ją dreszcz. Leon odsunął się gwałtowniej, zahaczając łokciem o małą krótkofalówkę na ladzie. Urządzenie zapiszczało krótko i umilkło, jakby samo też było zaskoczone.
Na najwyższej półce porcelanowa lalka przekrzywiła głowę i odezwała się cienkim, ostrym głosem:
– Powinniście zejść na dół, zanim on was zobaczy.
– Kto? – wydusił Leon.
Nikt nie odpowiedział. Zamiast tego z piętra nad nimi dobiegł ciężki, powolny krok. Potem jeszcze jeden. Drewno schodów jęknęło pod czyimś ciężarem.
Przedmioty wokół nich zaszemrały jednocześnie, jakby obudził się cały sklep.
– Klucz...
– Nie przy świetle...
– Tam, gdzie gaśnie ostatni cień...
Maja odwróciła się w stronę schodów i wtedy poczuła na ramieniu zimne, pewne dotknięcie. Nie było to muśnięcie wiatru ani przypadkowe otarcie.
Była czyjaś dłoń.
Podniosła wzrok wprost w ciemność, gdy cień na schodach zaczął powoli nabierać kształtu.