Czworo przyjaciół z podlaskiej wioski trafia nocą na skraj puszczy, gdzie dawne opowieści Piotra zaczynają brzmieć zbyt prawdziwie. Księżyc, ogień i ciche wycie zmieniają wszystko.
Las Białowieski stał za wsią jak czarna ściana, ciężki od wilgoci, żywicy i zapachu mokrej ziemi. Po zmroku mało kto zapuszczał się między stare dęby i lipy, zwłaszcza kiedy księżyc był pełny. Ludzie mówili o tym półgłosem, jak o sprawie, której lepiej nie dotykać. Piotr słuchał takich opowieści od babci od dziecka i nigdy nie potrafił ich zbyć śmiechem.
Tamtej nocy księżyc wisiał nad puszczą nienaturalnie wielki, biały jak wyblakły talerz. Piotr siedział przy ognisku z Mają, Tomaszem i Wojtkiem, tuż na skraju lasu. Ogień trzaskał cicho, w mroku połyskiwały butelki z domowym miodem, a powietrze było tak nieruchome, że słychać było każdy oddech. Wtedy nad ich głowami przecięła niebo drobna, szara sowa. Maja uniosła wzrok i spróbowała się uśmiechnąć.
– Pewnie zwiastuje wiosnę – rzuciła lekko, ale zaraz sama ściszyła głos.
Piotr wpatrywał się w linię drzew. – Babcia mówiła, że w takie noce las nie śpi – powiedział. – Że otwiera się na chwilę. A to, co chodzi między drzewami, nie zawsze jest tylko zwierzęciem.
Wojtek prychnął, lecz śmiech szybko ugrzązł mu w gardle. Z głębi puszczy dobiegło przeciągłe wycie, tak niskie i czyste, że wszyscy odruchowo zesztywnieli. Po chwili rozległ się szelest, cięższy niż ruch sarny, zbyt pewny jak na zwykłe zwierzę. Tomasz pierwszy odsunął się od ogniska. Na wilgotnej trawie, w bladym świetle księżyca, pojawił się ruch, jakby coś dużego okrążało ich w ciszy.
– To pewnie jeleń – szepnęła Maja, ale nie odrywała wzroku od cienia.
Piotr poczuł chłód na karku. Miał wrażenie, że ktoś patrzy na nich z wnętrza lasu, cierpliwie i bez mrugnięcia. W końcu między pniami błysnęły dwa żółte punkty. Potem wysunęła się sylwetka tak wielka, że ogień wydał się nagle mizerny i odległy. Sierść połyskiwała srebrzyście, łapy stąpały miękko, niemal bezszelestnie, a w całej postawie było coś niepokojąco ludzkiego.
Piotr nie potrafił już powiedzieć, czy patrzy na zwierzę, czy na coś, co tylko udaje zwierzę. Przyjaciele cofnęli się od ogniska o krok, o dwa, ale nikt nie odważył się ruszyć szybciej. Stworzenie uniosło pysk ku pełni i zawyło tak, że aż zaschło mu w gardle.
W tej samej chwili z głębi puszczy odpowiedziało mu drugie światło. Czerwone. Bliskie. I poruszyło się w ich stronę.