W słowiańskiej Dębowicy podczas Nocy Kupały Szymon i Jagna wymykają się nad rzekę, gdzie zamiast zabawy znajdują coś, czego nie powinno tam być.
W Dębowicy, na skraju wielkiego Boru, noc nigdy nie była całkiem cicha. Nawet wtedy, gdy wieś milkła po śpiewach i trzasku ognisk, coś szeptało jeszcze w trawie, w gałęziach, w czarnej wodzie za mokradłami. Tego wieczoru Księżyc wisiał nisko nad drzewami, a wiatr niósł zapach dymu, ziół i rzeki. Noc Kupały dopiero się zaczynała.
Szymon, piętnastoletni syn kowala, nie umiał usiedzieć na miejscu. Lubił opowieści o strzygach, rusałkach i wodnikach bardziej niż przestrogi dorosłych, którzy zawsze mówili o nich półgłosem. Jagna była inna: córka zielarki znała las tak dobrze, jakby las znał ją. Potrafiła rozpoznać ślad wilgoci w mchu, pękniętą łodygę i to, kiedy cisza robi się zbyt ciężka.
Kiedy we wsi rozpalono ostatnie pochodnie, wymknęli się za płot, z amuletami schowanymi pod lnianymi koszulami. Szli bez słowa, mijając krzaki jałowca i wydeptaną ścieżkę prowadzącą nad rzekę. Tam dziewczęta puszczały wianki, a chłopcy udawali odwagę, choć każdy oglądał się za siebie choćby raz.
Na brzegu było chłodniej. Woda płynęła ciemno i szybko, odbijając nikłe błyski ognia z drugiej strony. Jagna przyklękła przy kamieniu i ścisnęła amulet tak mocno, że zbielały jej knykcie. „Moja matka mówiła, żeby tej nocy nie oddalać się od ludzi” — szepnęła. „Bo to, co patrzy z lasu, nie zawsze chce zostać zauważone.”
Szymon chciał odpowiedzieć żartem, ale nagle poczuł na karku lodowaty powiew. Nad nurtem, pośrodku mgły, zamigotało zielonkawe światło. Nie płonęło jak pochodnia. Nie drżało jak robaczek świętojański. Wisiało nieruchomo, coraz wyżej, jakby coś niewidzialnego unosiło je ku nim.
Jagna odsunęła się o krok. W trzcinach zaszeleściło tak, jakby ktoś przeciągał po nich długimi palcami. Szymon zobaczył wtedy zarys wysokiej postaci nad wodą, jasnej i nieruchomej, a zaraz potem z drugiego brzegu dobiegł cichy śpiew. Był piękny i niepokojący zarazem, tak bliski, jakby ktoś stał tuż przy ich uchu.
W tej samej chwili mgła po drugiej stronie rzeki rozstąpiła się i wyłoniła druga sylwetka. Tym razem ciemniejsza, cięższa, otulona mokrym oparami. Szymon odruchowo złapał Jagnę za rękę. Śpiew urwał się nagle, a obie postacie zwróciły się w ich stronę, jakby czekały tylko na jeden ich ruch...