Lena, Igor i Maks wychodzą z Tajnej Akademii Higieny Jamy Ustnej, gdy pod miastem budzi się coś, co może zatruć każdy uśmiech.
W samym sercu Fluorytów, miasta, które żyło reklamami past wybielających i zapachem mięty unoszącym się nawet nad nocnymi tramwajami, Lena, Igor i Maks kończyli kolejną zmianę w Tajnej Akademii Higieny Jamy Ustnej. Tego wieczoru nic nie zapowiadało kłopotów: ćwiczyli precyzyjne ruchy szczoteczką, sprawdzali nowe płyny do płukania i kłócili się półgłosem o to, czy lepsza jest nić klasyczna, czy ta z mikrowłóknami. A jednak Lena pierwsza poczuła, że coś w mieście jest nie tak.
Kiedy wyszli na ulicę, światło latarni w kształcie zębów rozcinało ciemność ostrymi plamami bieli. Pod ich butami przesunął się ciemny ślad, zbyt gęsty, zbyt żywy, jakby asfalt pod spodem oddychał. Maks pochylił się odruchowo i cofnął się zaraz, słysząc ciche, lepkie mlaskanie. W szczelinach chodnika mignęły zielonkawe punkty, potem drugie, trzecie, aż z mroku zaczęły wyłaniać się istoty podobne do bakterii, tylko większe, ostrzejsze i wyraźnie głodne.
Lena bez słowa sięgnęła do plecaka po szczoteczkę soniczno-plazmową. Maks zacisnął palce na butelce ultramocnego płynu do płukania, a Igor rozwinął pod palcami pakiet nici dentystycznych, jakby to była jedyna broń, jakiej mogli zaufać. Z ciemności pod miastem dobiegł niski pomruk, a potem otworzyła się ogromna czarna brama prowadząca w podziemia. Po chwili rozległy się szybkie kroki. Coraz bliżej. Za blisko.