Nocna tajemnica Wilczego Lasu

W głębi starego lasu Grom, Sonia i Franek trafiają na migoczące światła, których nikt nie potrafi wyjaśnić. Ich nocna wyprawa prowadzi coraz głębiej w ciszę i niepokój.

Wilczy Las po zmroku nie zasypiał. Przeciwnie - wtedy wszystko brzmiało głośniej: szelest liści, trzask gałązek, cichy oddech ziemi pod wilgotnym mchem. Cienie sosen wydłużały się na ścieżkach, a wiatr przeciągał między pniami jak ktoś, kto zna las lepiej niż jego mieszkańcy.

Grom wysunął się z gęstych paproci bez najmniejszego szelestu. Ryś miał ostre spojrzenie i zbyt dużo pytań jak na kogoś, kto powinien o tej porze leżeć bezpiecznie w legowisku. Obok niego przemykała Sonia, wiewiórka szybka jak myśl, zawsze pierwsza do działania i pierwsza do podejrzliwego marszczenia pyszczka. Za nimi dreptał Franek, jeż z natury ostrożny, ale zbyt uparty, by przyznać, że najchętniej zawróciłby już po pierwszych kilku krokach.

Od kilku nocy słyszeli coś, czego nie dało się zignorować. Najpierw był to tylko ledwie uchwytny dźwięk, jakby ktoś stukał kamykiem o korę drzewa. Potem pojawiło się niskie dudnienie pod ziemią. A tej nocy nad koronami drzew zamigotały światła. Nie pojedyncze, nie przypadkowe. Całe ich smugi przesuwały się między gałęziami, to znikały, to znów wybuchały blaskiem, jakby las oddychał cudzym oddechem.

Franek tylko skinął głową. Jego kolce zjeżyły się bardziej, niż chciałby przyznać.

Grom nie odpowiedział. Już ruszał dalej, w stronę polany, z której dobiegał słaby, metaliczny zapach i coś jeszcze - ślad obecności, obcy i świeży. Na miękkiej ziemi odcisnęły się głębokie łapy, większe niż wszystko, co kiedykolwiek widzieli w Wilczym Lesie.

Na środku polany światła wirowały nisko nad trawą, układając się w drżący krąg. Przez chwilę wyglądało to pięknie. Potem wszystkie naraz zgasły.

Las zamarł.

Z ciemności dobiegł ciężki krok. Potem drugi. A zaraz po nim coś ogromnego poruszyło się tuż za kręgiem zdeptanej trawy, zostawiając za sobą świecące ślady, jakby sama noc ustępowała mu z drogi...