Marek, Lena i Igor trafiają przez lustro do Królestwa Zębowego, kiedy nocna rutyna zamienia się w alarm. W mroku czają się Próchniaki, a Profesor Szkliwiak ma dla nich pilną prośbę.
W domu panowała cisza, jakiej zwykle nie ma po północy. Tylko ekran telewizora jeszcze raz mignął niebieskim światłem, po czym serial dobiegł końca, a w pokoju zapadł ciężki, lepki spokój. Marek, Lena i Igor siedzieli rozciągnięci na kanapie z resztkami chipsów i kubkami po herbacie, rozbawieni, zmęczeni i przekonani, że tej nocy nie wydarzy się już nic poza kolejną rundą głupich komentarzy.
Rodzice wyjechali na weekend. Zostawili im mieszkanie, listę numerów alarmowych i wyraźne polecenie, by nie zamieniać kuchni w pole eksperymentów. Przyjaciele mieli własny plan: nocne rozmowy, gry, trochę jedzenia, trochę zwlekania z pójściem spać. Nic groźnego. Nic nadzwyczajnego.
A jednak coś było nie tak.
Lena pierwsza podniosła głowę.
Czujecie to? - zapytała cicho.
Co dokładnie? - mruknął Igor, nie odrywając wzroku od telefonu.
Miętę.
Marek zmarszczył nos. Rzeczywiście, w powietrzu unosił się zapach świeży i ostry, jakby ktoś przed chwilą rozpuścił w całym mieszkaniu całą tubkę pasty do zębów.
Poszli korytarzem bez pośpiechu, choć wszyscy troje mieli to samo wrażenie: że ktoś czeka po drugiej stronie drzwi i że lepiej byłoby jeszcze chwilę zwlekać. W łazience paliła się tylko mała lampka nad lustrem. Odbijała ich blade twarze i ciemne tło za plecami.
Lena zatrzymała się pierwsza.
W lustrze, dokładnie między nimi, pojawiła się wąska szczelina. Nie była rozmazana ani pęknięta. Drżała lekkim, srebrnym światłem, jakby szkło nagle nauczyło się oddychać. Z wnętrza sączył się blask niebieski i zimny, zupełnie niepasujący do zwykłej łazienki.
Igor prychnął nerwowo.
Nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo szczelina rozszerzyła się nagle o kilka centymetrów. Z jej wnętrza wysunęła się mała dłoń, potem druga, a zaraz za nimi drobna postać w białym fartuchu. Miała ogromne okulary, siwe brwi i szczoteczkę dentystyczną tak wielką, jakby była bronią, nie narzędziem.
Marek odruchowo cofnął się o krok.
Profesor spojrzał na nich tak, jakby każda sekunda miała znaczenie.
Lena otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Igor parsknął śmiechem, bardziej z nerwów niż z rozbawienia.
W tej samej chwili coś pociągnęło go za nadgarstek. Marek chwycił Lenę, Lena złapała framugę, lecz szczelina rozjarzyła się ostro, jak błysk flesza, i cały pokój przechylił się im pod nogami. Zrobiło się lekko, potem zimno, potem zupełnie bez sensu.
Aż nagle stali po drugiej stronie.
Pod ich stopami miękka, jasna ziemia uginała się jak watolina. Powietrze pachniało miętą, cytryną i czymś metalicznym, jak po burzy. Nad nimi wisiały wysokie, porcelanowe wieże, a w oddali rozlegał się przeciągły alarm, który przecinał noc jak ostrze.
Wokół biegały drobne postacie w białych pelerynach, taszcząc szpule nici dentystycznej, pojemniki z pastą i lśniące, srebrne lustra ochronne. Na przeciwległym placu kłębił się ruch ciemnych, lepki stworków o czarnych, podziurawionych zębach. Próchniaki. Przesuwały się nisko przy ziemi, przywierając do wszystkiego, czego dotknęły.
Profesor Szkliwiak wskazał drżącą laską na ogromne drzwi przed nimi.
Drzwi zatrzęsły się tak mocno, że z jednego z zawiasów posypał się jasny pył. Za grubym, białym drewnem rozległ się niski, gardłowy pomruk, zbyt ciężki, by mógł należeć do czegokolwiek, co powinno istnieć w królestwie zbudowanym ze szkliwa i światła.
Profesor zbladł.