Nocna wyprawa po Oko Smoka

W starym Verlionie troje przyjaciół rusza nocą po Oko Smoka, zanim zrobi to ktoś inny. W podziemiach królewskiej biblioteki czeka jednak nie tylko artefakt, lecz także coś, co zdaje się na nich polować.

W samym sercu Verlionu bruk lśnił od fioletowego blasku magicznych latarni, a wąskie uliczki oddychały nocą jak żywe. Pod fasadą jednego z najstarszych domów miasta zebrała się trójka przyjaciół. Alia opierała dłoń na ametystowej lasce, Ilan stał nieruchomo jak cień przy ścianie, a Vera, z ukrytym sztyletem przy udzie, nie spuszczała wzroku z ciemnych okien wokół placu. Tę noc wybrali nie bez powodu. Podwójny księżyc miał obudzić Oko Smoka w podziemiach opustoszałej biblioteki królewskiej.

O artefakcie mówiono szeptem. Podobno potrafił wydobywać z ludzi wspomnienia, których nie odważyli się nazwać nawet we śnie. Podobno wskazywał też rzeczy, które lepiej zostawić ukryte. A jeśli wierzyć najstarszym opowieściom, nie był tam sam.

Przemierzali miasto bez słowa. Vera prowadziła ich przez przejścia między murami, gdzie cegły ustępowały tylko tym, którzy znali właściwy nacisk dłoni. Alia rozplątywała po drodze drobne zaklęcia ostrzegawcze, ledwie poruszając wargami. Ilan szedł ostatni, nasłuchując uważnie odgłosów kroków, szeptów i czegoś jeszcze, trudniejszego do uchwycenia niż ludzki oddech.

Biblioteka wyrastała z mroku jak wymarły pałac wiedzy. Jej okna były czarne i puste, a kamienne schody zasypały liście, których nikt nie sprzątał od lat. Wspięli się po spękanej rynnie, wsunęli do środka przez uchylone okno i od razu poczuli chłód starych murów. Wewnątrz czekała zapadnięta podłoga i wąskie schody prowadzące w dół, głębiej, niż powinien sięgać ludzki lęk.

Niżej panowała cisza tak gęsta, że każdy krok brzmiał jak przysięga. Minęli wypalone świeczniki, rozdarte zwoje i półki przechylone pod ciężarem kurzu. Wreszcie trafili do ogromnej sali, w której na środku stał kamienny podest. Nad nim, zawieszony w pierścieniu starej mocy, pulsował szklany kryształ wielkości ludzkiej głowy. Oko Smoka jarzyło się złotem, jakby oddychało własnym światłem.

Przy podwyższeniu stała już jednak inna postać. Mężczyzna w granatowym płaszczu odwrócił głowę dokładnie w chwili, gdy weszli do sali. W dłoni trzymał długi sztylet, a jego ostrze było skierowane nie na nich, lecz na artefakt. Przez ułamek sekundy wszyscy trwali bez ruchu, słuchając tylko własnego oddechu odbijającego się od kamiennych ścian.

Alia zacisnęła palce na lasce. Vera zrobiła krok w bok, szukając lepszego kąta. Ilan wpatrywał się w ciemność za plecami złodzieja, bo to tam coś się nie zgadzało. Za kryształem, w cieniu niewidocznym jeszcze przed chwilą, poruszyło się coś większego niż człowiek...