Srebrny, Hermes i Klara ruszają nocą do lasu, bo na polanie pojawiają się błękitne światła. Im bliżej, tym wyraźniej czuć, że ktoś albo coś czeka właśnie na nich.
Las za miastem nocą nie przypominał miejsca z dziennych spacerów. Pnie stawały się czarniejsze, gałęzie splatały się wysoko nad ziemią jak palce, a każdy szelest niósł się dalej, niż powinien. Srebrny lis lubił ten czas najbardziej. W ciemności wszystko mogło być znakiem.
Czekał pod starym dębem, siedząc nieruchomo z ogonem owiniętym wokół łap. Jego futro błyszczało słabo w księżycowym świetle. Wkrótce spod korzeni wyszedł Hermes, jeż, dysząc po drodze i trzymając w pysku ostatni żołądź, oraz bezszelestnie zleciała Klara, sowa o jasnych piórach i czujnym spojrzeniu.
– Wreszcie – szepnął Srebrny. – Myślałem, że światła pokażą się bez nas.
Klara przekręciła głowę. – Nie tylko światła. Mój kuzyn mówił, że na polanie coś się poruszało. Jakby cień, ale nie należał do żadnego zwierzęcia.
Hermes parsknął cicho. – To brzmi jak opowieść do straszenia młodszych jeży.
– A jednak widział to ktoś, kto nie boi się własnego ogona – odparła sowa.
Srebrny wstał i spojrzał w głąb lasu. Z ciemności dochodził zapach wilgotnej ziemi i chłodnego mchu. Gdzieś daleko zatrzeszczała gałąź, choć wiatr był ledwie wyczuwalny.
– Idziemy teraz – powiedział. – Zanim światła znikną.
Ruszyli w stronę polany wąską ścieżką między paprociami. Noc wokół gęstniała z każdym krokiem. Nawet ich własne oddechy wydawały się zbyt głośne.
Przy kępie malin spotkali królika, który wtulił uszy i cofnął się na ich widok.
– Nie schodźcie ze ścieżki – wyszeptał. – Tam coś jest. Coś, co świeci i woła po imieniu.
Zanim Srebrny zdążył zapytać o cokolwiek więcej, królik zniknął między krzakami. Lis spojrzał na Hermesa i Klarę. Nikt nie powiedział ani słowa, ale żadne z nich nie zawróciło.
Gdy dotarli na skraj polany, Srebrny zatrzymał się tak gwałtownie, że aż omszały kamień zaszeleścił pod jego łapą. Nad trawą unosiły się błękitne światła. Krążyły powoli, splatały się i rozpadały, jakby czegoś szukały. Na moment ułożyły się w sylwetki zwierząt, zbyt smukłe, zbyt lekkie, by mogły należeć do kogokolwiek znanego.
Hermes przysunął się bliżej Srebrnego.
Wtedy jedno ze świateł oderwało się od reszty, zawisło dokładnie przed lisem i przemówiło jego głosem szeptem, którego nie powinno tu być:
– Srebrny... przybyłeś za późno.