Mila, ciekawska młoda liska, wymyka się nocą z nory i trafia na Starą Polanę, gdzie w mroku czai się coś nieznanego. Im bliżej podchodzi, tym dziwniejszy staje się las.
Mila była młodą, rudą lisicą i mieszkała z rodziną w zagłębieniu starego dębu, pośrodku Zielonego Lasu. W dzień wszystko wydawało się znajome: miękki mech pod łapami, słodki zapach jagód, sarny zaglądające ostrożnie spomiędzy krzewów. Ale nocą las zmieniał się całkiem. Cienie wydłużały się między pniami, sowy zaczynały swoje głębokie pohukiwanie, a księżyc wisiał nad koronami drzew jak srebrna moneta.
Większość młodych lisów wtulała się wtedy w ciepłe futro rodziców. Mila też powinna była spać, tylko że jej uszy co chwilę drgały, a nos łapał każdy nowy zapach niesiony z ciemności. Tego wieczoru długo leżała nieruchomo, aż w końcu uniosła głowę.
Wysunęła się z nory tak cicho, jakby była tylko smugą cienia. Minęła splątane korzenie, przeskoczyła nad kępą borówek i ruszyła głębiej między drzewa. Mrok gęstniał z każdym krokiem, ale Mila szła dalej. Nie po to, by wrócić z niczym.
Wkrótce dotarła do Starej Polany, miejsca, którego starsze zwierzęta unikały bez wyraźnego powodu. Leżały tam kamienie porośnięte grubym mchem, ustawione w krąg, jakby ktoś przed dawno zapomnianym czasem zrobił z nich tajemnicze znaki. A spod ziemi dobiegał dźwięk. Cichy. Równy. Głęboki.
Bum... bum... bum...
Mila przysiadła w wysokiej trawie. Serce zabiło jej mocniej, kiedy zauważyła dwa błyszczące punkty między paprociami. Oczy. Ktoś ją obserwował.
Przez chwilę nie poruszyła się ani o włos. Potem z mgły, która snuła się nisko nad polaną, zaczęła wyłaniać się postać. Miała kształt zwierzęcia, ale jej futro albo pióra albo coś zupełnie innego połyskiwały jak rozsypane gwiazdy. Mila wciągnęła powietrze. Pachniało mokrą ziemią, liśćmi i czymś jeszcze, czego nie umiała nazwać.
Postać zrobiła krok w jej stronę.
W tej samej chwili głęboki dźwięk pod ziemią rozbrzmiał znowu, tym razem głośniej. Kamienie na środku polany drgnęły, a z mchu pod łapami Mili sączyło się blade światło.