Nocny Eksperyment w Laboratorium Biologii

Troje licealistów wpada nocą do szkolnego laboratorium biologii i przez przypadek uruchamia coś, czego nie powinno się uruchamiać przed jutrzejszym testem.

Kiedy Adam wsunął się do szkolnego laboratorium biologii, zegar na korytarzu pokazywał dokładnie 22:00. W dzień to miejsce było pilniej strzeżone niż sala z wynikami matur, ale tej nocy drzwi ustąpiły po chwili walki i triumfalnym kliknięciu spinacza w dłoniach Oli.

— Gdybym miała za każde takie otwarcie piątkę z biologii, już bym była profesorką — szepnęła, wciskając do środka kosmyk włosów, który i tak uparcie wymykał jej się z kucyka.

Adam rozejrzał się po ciemnym pomieszczeniu. Smuga latarek przesuwała się po półkach z probówkami, modelami organów i stosami zakurzonych zeszytów tak starych, że mogły pamiętać poprzedni system. Michał wszedł ostatni, po czym natychmiast skrzywił się i zasłonił nos.

— To pachnie jak połączenie mokrej piwnicy z marchewkowym jogurtem. Ktoś tu chyba prowadził eksperymenty na odwadze uczniów.

— Ciszej — syknęła Ola. — Mamy tylko znaleźć komórki pod mikroskopem, przećwiczyć podpisy i zniknąć, zanim ktokolwiek nas złapie.

To miało być rozsądne. Nawet całkiem niewinne. Adam sam powtarzał sobie, że to tylko ostatnia szansa przed jutrzejszym testem, a nie żadna kradzież stulecia. Problem w tym, że laboratorium wyglądało jak miejsce, które nie znosiło słowa „tylko”.

W kącie stało duże akwarium. Adam podszedł bliżej i zamrugał. W środku nie było rybek. Były za to plastikowe dynie, kula dyskotekowa i słoik z naklejką: „NIE OTWIERAĆ! (Serio.)”.

— To jest dokładnie ten moment, kiedy powinniśmy niczego nie dotykać — powiedział Michał.

— A więc naturalnie trzeba sprawdzić, co w środku — stwierdziła Ola i nachyliła się nad słoikiem.

Adam zdążył tylko wziąć oddech, kiedy odkręcił wieczko.

Najpierw rozległo się ciche, głuche mruczenie. Potem coś pomiędzy kichnięciem a startem odkurzacza. Kula dyskotekowa zaiskrzyła, jakby ktoś włączył ją na najwyższe obroty, a z akwarium wypłynął fioletowy obłok dymu, gęsty i zupełnie zbyt żywy jak na szkolną salę po lekcjach.

— To nie jest normalne — wyszeptał Adam.

W tej samej chwili na korytarzu zatrzeszczały kroki. Ktoś szedł prosto do drzwi laboratorium, i to zdecydowanie nie był ktoś, kto lubił spóźnionych uczniów.