Kuba, Maja i Filip wracają nocą do rezerwatu, gdy zaczynają znikać zwierzęta. W ciemności trafiają na trop, który prowadzi ich głębiej, niż planowali.
Rezerwat Białe Wzgórza leżał na obrzeżach miasta, tam, gdzie asfalt kończył się nagle, a dalej zaczynał się stary las. Za dnia wszystko wydawało się zwyczajne: ptaki przelatywały nisko nad ścieżkami, w trawie szeleściły drobne zwierzęta, a wiatr przeczesywał brzozy tak cicho, jakby nie chciał nikomu przeszkadzać. Dla Kuby, Mai i Filipa to miejsce było od lat czymś więcej niż tylko kawałkiem przyrody za domem. Tu uciekali, kiedy mieli dość szkoły, rozmów dorosłych i całego hałasu miasta.
Teraz jednak Białe Wzgórza przestały być spokojne. Najpierw zniknął młody jenot. Potem sarna, którą widywano przy skraju polany. Później kolejny trop urwał się bez sensu, jakby zwierzę po prostu rozpłynęło się między drzewami. Pracownicy rezerwatu rozkładali ręce, kamery nie dawały żadnych odpowiedzi, a w mieście szybko pojawiły się plotki. Jedni szeptali o kłusownikach, inni o wilkach, choć nikt nie widział tu wilka od lat.
Kuba nie potrafił przejść obok tego obojętnie. Przeglądał notatki z lokalnych portali, porównywał daty, szukał wspólnego punktu. Maja zaglądała do komentarzy i nagrań wrzucanych przez ludzi, którzy twierdzili, że widzieli coś w lesie po zmroku. Filip z kolei nie ufał żadnej kamerze, która nie była jego własna, więc złożył prowizoryczną fotopułapkę i dorobił do niej noktowizor. Kiedy wieczorem wracali przez most nad rzeką, Kuba wypowiedział na głos to, co od dawna wisiało między nimi bez słów: trzeba tam wejść nocą.
Przygotowali się dokładniej, niż przy niejednym szkolnym projekcie. Spakowali śpiwory, latarki, powerbanki, wodę i coś do jedzenia, chociaż nikt nie miał ochoty na przekąski. Filip schował kamerę do plecaka tak, jakby przenosił coś kruchego. Maja wzięła notes i ołówek, bo twierdziła, że w takich sprawach telefon tylko przeszkadza. Kuba rozłożył mapę na łóżku i zaznaczył miejsce, w którym ostatni raz widziano lisa. Kiedy wychodzili z domu, każdy z nich udawał spokój, ale w ciszy było słychać napięcie, którego nie dało się zignorować.
Dotarli do rezerwatu jeszcze przed północą i ukryli się w zagłębieniu terenu za gęstymi krzewami. Stamtąd widzieli niewielką polanę i wąską ścieżkę, po której zwykle przechadzały się zwierzęta. Noc była ciężka i wilgotna. W koronach drzew coś poruszało się bez przerwy, a z oddali dobiegał tylko szelest liści i cichy oddech lasu. Przez dłuższą chwilę działo się nic. Filip co jakiś czas sprawdzał obraz z kamery, Maja notowała godzinę i kolejne odgłosy, a Kuba nasłuchiwał tak uważnie, że aż bolały go uszy.
Po pierwszej wszystko nadal wyglądało zwyczajnie. Przemknął jeż, gdzieś zaszeleściła mysz, na ścieżce mignął ciemny cień ptaka. Już zaczynali myśleć, że to kolejna bezsensowna noc, kiedy ekran kamery Filipa rozbłysnął serią drobnych punktów. W głębi lasu, między pniami, coś mignęło rytmicznie, jakby ktoś niósł kilka małych świateł i poruszał się z nimi między drzewami. Maja podniosła wzrok i zamarła. Na granicy widzenia dostrzegła kilka dużych sylwetek, zbyt wysokich jak na sarny, zbyt cichych jak na ludzi.
Kuba odruchowo sięgnął po telefon, ale w tej samej chwili tuż obok nich rozległ się suchy trzask gałązki. Wszyscy troje znieruchomieli. Kolejny dźwięk był bliżej. I jeszcze jeden.
Wtedy z mroku, zaledwie kilka kroków przed nimi, wynurzyły się oczy. Nie jedne. Dwie pary, potem kolejne, odbijające światło latarki ostrym, zimnym blaskiem. Kuba poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła. Wpatrywali się w te oczy, nie wiedząc, czy należą do zwierzęcia, czy do czegoś, co dopiero teraz wyszło z lasu, żeby ich znaleźć.