Nocne ślady w Wilczym Lesie

Czterech nastolatków rozbija obóz przy granicy rezerwatu i po zmroku trafia na ślady, których nie powinno tam być. Im dalej wchodzą w las, tym mniej pewne staje się to, co widzą.

Była połowa lipca, a Wilczy Las oddychał gorącym żywicznym powietrzem, ciężkim od mchów, igliwia i wilgoci płynącej od bagien. Tuż przy granicy rezerwatu, pod wysokimi sosnami, rozbili obóz czterej przyjaciele z klasy biologicznej: Zosia, jej młodszy brat Adam, Kuba i Lena. Nikt z nich nie przyjechał tu po zwykły biwak. Wszyscy czekali na coś, co wyrwie ich z wakacyjnej nudy i zostawi w pamięci na długo.

Zosia od lat wpatrywała się w tropy i znaki w lesie, jakby mogła z nich odczytać cudze myśli. Adam zawsze pierwszy wyłapywał to, co nie pasowało do reszty. Kuba rysował wszystko, co wyglądało choć odrobinę dziwnie, a Lena nosiła stary dyktafon, żeby łapać dźwięki, których inni nawet nie zauważali. Tego wieczoru nagrała już szelest skrzydeł, trzask gałązki i niski, gardłowy odgłos, który przeciął ciszę na skraju obozu.

Po kolacji usiedli przy ognisku, ale rozmowa szybko zaczęła się rwać. Las po zmroku zmieniał się w coś trudnego do nazwania. Między drzewami czerniały głębokie prześwity, a każdy szmer wydawał się bliższy, niż powinien. Kuba przysiągł, że na moment zobaczył między pniami ruch żółtych oczu. Lena wyłączyła nagrywanie i spojrzała w stronę ciemności tak nagle, jakby ktoś ją zawołał.

Kiedy wszyscy już mieli wracać do namiotów, Adam wyszedł jeszcze raz po wodę. Po kilku minutach nie wrócił. Zosia znalazła go na skraju ścieżki z latarką w jednej ręce i notatnikiem w drugiej. Klęczał nad ziemią i patrzył na coś tak uważnie, że nawet nie usłyszał ich kroków.

To nie są wilcze tropy - powiedział cicho.

W świetle latarki odciski prowadziły w stronę gęstwiny. Były za duże, zbyt głębokie i ułożone w równym rytmie, jakby coś ciężkiego przeszło tędy przed chwilą, nie zważając na korzenie ani miękką ściółkę. Zosia pochyliła się niżej i poczuła, jak po plecach przebiega jej zimno.

Wtedy z lasu dobiegł dźwięk, którego nie potrafiła przypisać żadnemu znanemu zwierzęciu. Coś pomiędzy warczeniem a krótkim, urwanym śmiechem. Kuba odsunął się o krok. Lena uniosła dyktafon. A z ciemności tuż przed nimi, między paprociami, coś poruszyło się z taką szybkością, że zobaczyli tylko rozmazany cień i świeży ślad odciśnięty w błocie...