Basia i Kuba nocują u babci w starym domku na skraju lasu. W ciemności pojawia się tajemnicze światełko, które prowadzi ich do małych drzwiczek przy podłodze.
Basia i Kuba najbardziej lubili noce spędzane u babci. Jej stary, drewniany domek stał na skraju lasu, skrzypiał przy każdym podmuchu wiatru i pachniał drewnem, ziołami oraz lawendą. Tego wieczoru niebo zrobiło się granatowe, a w oknach zamigały ostatnie blaski dnia. Babcia zaprowadziła dzieci na strych i przykryła je miękką kołdrą.
— Dobranoc — szepnęła, gasząc lampkę.
W pokoju zrobiło się cicho i ciemno. Tylko księżyc zaglądał przez okno i rysował na ścianie srebrny pasek. Kuba już odpływał w sen, gdy Basia nagle poruszyła jego ręką.
— Kuba... patrz.
Na ścianie, tuż nad małą szafką, drgnęło drobne światełko. Nie było ostre jak latarka ani ciepłe jak lampka. Migotało cicho, jakby oddychało, i sunęło powoli po deskach. Basia usiadła prosto.
— To nie może być zwykłe światło — wyszeptała.
Kuba przetarł oczy. Światełko przesunęło się niżej, bliżej podłogi, i zatrzymało się przy czymś, czego jeszcze przed chwilą tam nie było. Małe drzwiczki, ledwie większe od książki, wtapiały się w ścianę tak dobrze, że oboje mogli je zauważyć tylko dzięki migotaniu.
— Przecież tu nic takiego nie było — szepnął Kuba.
W tej samej chwili drzwiczki drgnęły. Potem powoli, bardzo powoli, uchyliły się same. Ze środka wypłynął chłodny powiew, a zaraz za nim ciche skrzypnięcie i coś jeszcze. Ledwo słyszalne chichotanie, jakby ktoś malutki ukrył się tuż za nimi i próbował nie wybuchnąć śmiechem.
Basia ścisnęła Kubę za rękę. Światełko zajaśniało mocniej i zniknęło w ciemnej szparze, a z wnętrza drzwiczek dobiegł nagle jeszcze jeden dźwięk, tak bliski, że oboje aż wstrzymali oddech...