Nocne światło w laboratorium stomatologicznym

Siedemnastoletnia Lena, Igor i Marta zostają po lekcjach w szkolnym laboratorium stomatologicznym. Niewinna próbka pasty uruchamia coś, czego nie da się już zatrzymać.

Lena miała wrażenie, że ten rok szkolny ciągnął się jak źle dobrana nić dentystyczna: za długo i bez sensu. Ostatni projekt z biologii miał być prosty, a skończył się tym, że ona, Igor i Marta trafili do najbardziej martwego miejsca w całym liceum - laboratorium stomatologicznego, gdzie przez tydzień mieli porównywać działanie past do zębów na modelach szczęk.

Pomieszczenie zwykle pachniało mentolem i środkiem do dezynfekcji, ale tego popołudnia było w nim coś niepokojącego. Mleczne okno przepuszczało zimne światło, które rozlewało się po blatach jak brudna woda. Metalowe narzędzia leżały równo obok siebie, a każdy ich błysk wyglądał jak ostrzeżenie. Na środku stołu stały trzy plastikowe modele uzębienia, z rozchylonymi, nienaturalnie białymi uśmiechami. Obok nich leżała szczelnie zamknięta probówka bez etykiety - tylko drobny, łaciński napis na czarnej opasce, którego Lena nie zdążyła odczytać.

Igor oparł się biodrem o blat. - Bo lubi robić z rzeczy dramę. To pewnie jakaś stara próbka.

Lena nie odpowiedziała. Zamiast tego sięgnęła po szczoteczkę i zaczęła nakładać pierwszą pastę na model. Wszystko wyglądało normalnie przez może dwadzieścia sekund. Potem zauważyła, że przednie zęby, przed chwilą śnieżnobiałe, przybrały bladoniebieski odcień. Niebieski pył nie schodził, choćby pocierała najmocniej, jak umiała.

Marta odsunęła od siebie krzesło tak gwałtownie, że zaskrzypiało o podłogę. Stała nieruchomo przy mikroskopie, z twarzą wyblakłą jak papier. Lena podeszła bliżej i zajrzała do okularu. W polu widzenia nie było nic z podręcznika: tkanka migała czerwienią, jakby pulsowała własnym światłem, zbyt żywym, zbyt mokrym.

Wtedy jarzeniówki nad nimi zaczęły mrugać.

Raz. Drugi. Trzeci.

Coś stuknęło w drzwi.

Lena odwróciła się odruchowo, ale klamka nawet nie drgnęła. Drzwi były zamknięte. Z drugiej strony nie słychać było kroków, tylko ten sam, coraz wyraźniejszy zapach mentolu, który nagle zrobił się lodowaty i ostry, jakby ktoś otworzył butelkę tuż przy jej twarzy.

Nikt jej nie odpowiedział.

Bo w tym samym momencie jeden z trzonowców na stole poruszył się bardzo powoli, jakby coś pod plastikową powierzchnią właśnie otwierało oko.