Julka, Kuba i Basia wkradają się nocą do zamkniętej biblioteki, gdzie między regałami czekają szepty, list bez adresata i drzwi prowadzące na zapomniane poddasze.
Stara Miejska Biblioteka od lat gasła po zmroku jak dom, który nie chce już pamiętać ludzi. Nieliczni wchodzili tu za dnia, jeszcze mniej wracało po zachodzie słońca. Julka, Kuba i Basia wybrali właśnie tę noc, bo tylko wtedy zwykła ciekawość mogła zmienić się w coś poważniejszego.
Przeszli przez ogród bez słowa, mokra trawa chłodziła im buty, a rdzewiejąca furtka ustąpiła z cichym jękiem. Kuba wyciągnął stary klucz znaleziony w szufladzie dziadka. Przez chwilę wszyscy patrzyli na zamek, jakby od tego zależało, czy dalej będą tylko grupą nastolatków szukających wrażeń, czy kimś więcej.
Klucz wszedł gładko. Drzwi otworzyły się z przeciągłym skrzypnięciem, a do środka wlał się blady stożek latarki. Kurz wirował w powietrzu, portrety dawnych autorów spoglądały ze ścian z nieprzyjemnym spokojem, a zegar w holu uderzył północ z taką siłą, jakby bibliotekę obudziło coś, co od dawna nie powinno już mówić.
Najpierw był szelest. Potem drugi. Wreszcie cichy szept, ledwie słyszalny, ale zbyt wyraźny, by zrzucić go na wiatr.
– Słyszycie? – spytała Basia, ściskając pasek plecaka tak mocno, że pobielały jej knykcie.
– To tylko stare deski – odparł Kuba, lecz nawet on nie zabrzmiał przekonująco.
Julka ruszyła w głąb sali, między najwyższe regały, gdzie pachniało papierem, wilgocią i czymś jeszcze, czymś niepokojąco świeżym. Jej latarka przesunęła się po grzbietach książek, zatrzymała na tytułach wydrapanych złotymi literami i na końcu natrafiła na coś, co nie powinno tam leżeć.
List. Wciśnięty głęboko między dwie stare księgi, na pożółkłym papierze, bez koperty, bez nazwiska, jakby ktoś ukrył go w pośpiechu albo w strachu.
Julka wyciągnęła go ostrożnie. W tym samym momencie gdzieś obok rozległ się głuchy stuk, tak ciężki, że aż drgnęły szyby w oknach. Latarka zadrżała w jej dłoni, cień przeciął koniec korytarza i zniknął za półką, zanim ktokolwiek zdążył odetchnąć.
Ruszyli za nim prawie bezwiednie. Na końcu alejki znaleźli uchylone drzwi, których wcześniej na pewno tu nie było. Za nimi ciągnęły się strome schody na zapomniane poddasze. Z góry spływał chłód i cichy, urywany szept, jakby ktoś czytał na głos fragmenty starej książki, nie przejmując się, że ktoś go słucha.
Julka zacisnęła palce na liście. Kuba położył dłoń na skrzydle drzwi i pchnął je szerzej.
Z ciemności odpowiedziało im coś, co zabrzmiało jak czyjeś imię wypowiedziane tuż nad ich głowami.