Nocne szlaki Dziada Borowego

W środku pradawnej puszczy Marek i Lena trafiają na trop starych opowieści. Kiedy pojawia się Dziad Borowy, las zaczyna mówić własnym głosem, a droga w głąb mgły okazuje się czymś więcej niż zwykłą ścieżką.

Puszcza oddychała ciężko, jakby noc była dla niej naturalniejsza od dnia. Wilgoć osiadała na skórze, na ubraniach, na myślach. Gałęzie splatały się nad ścieżką tak gęsto, że księżyc przeciskał się przez nie tylko cienkimi, srebrnymi smugami. Marek szedł pierwszy, ostrożnie stawiając kroki, a Lena trzymała się tuż za nim, nasłuchując każdego trzasku.

Nie przyszli tu z brawury. Przyniosła ich opowieść. Polana Świętych Paproci, o której babka Leny mówiła półgłosem, jakby sama nazwa mogła przywołać kogoś niepożądanego. W Noc Kupały podobno działy się tam rzeczy, których nie dało się później wyjaśnić ani śmiechem, ani rozsądkiem. Marek miał przy sobie stary nóż po dziadku, bardziej z przyzwyczajenia niż z wiary w ochronę, Lena zaś zaciskała palce na wilgotnym skrawku wstążki, którą dostała jeszcze przed wejściem do lasu.

Gdy ścieżka otworzyła się nagle na polanę, oboje zwolnili. Mgła leżała nisko, mleczna i nieruchoma, a w jej środku stał ogromny, pochylony dąb. Ziemia pachniała gorzko ziołami i czymś jeszcze, ostrzejszym, metalicznym, jak przed burzą. Marek chciał coś powiedzieć, lecz w tej samej chwili las odpowiedział przeciągłym jękiem.

Spod splątanych korzeni dębu wynurzył się starzec. Brodę miał długą, zielonawą od mchu, a twarz tak pooraną, jakby od wieków rzeźbił ją deszcz i wiatr. Jego oczy świeciły zimnym, nieprzyjaznym blaskiem.

– Czego tu szukacie, dzieci lasu? – zapytał głosem suchym jak łamane gałązki.

Marek poczuł, jak napięcie ściska mu gardło. Lena odruchowo cofnęła się o krok, ale nie uciekła. Za plecami starca mgła zaczęła gęstnieć i z tej mlecznej bieli wyłoniły się kolejne postacie: wiotkie sylwetki rusałek, bezszelestne jak cień, i przygarbione, kudłate kształty leszych, nieruchome, a jednak wyraźnie czuwające.

Dziad Borowy uniósł dłoń. Na jego skórze zapulsowało blade światło, jak odległy ogień zamknięty pod cienką błoną.

– Jeśli przyszliście po odpowiedzi, to mogliście wybrać gorszą noc – powiedział.

Wiatr runął nagle przez polanę. Mgła zakręciła się wokół ich kostek, odsłaniając tuż za starym dębem zarys bramy porośniętej mchem i popękaną korą. Nie wyglądała na zbudowaną przez ludzi. Jakby od zawsze należała do puszczy, tylko czekała, aż ktoś ją zauważy.

Marek zrobił pół kroku naprzód, zanim zdążył się zastanowić, i właśnie wtedy z ciemności po drugiej stronie bramy dobiegł ich czyjś głos.