Czwórka nastolatków wchodzi nocą do opuszczonej fabryki mebli. W pustych halach czekają na nich dźwięki, których nie powinno tam być, i ktoś, kto zdaje się wiedzieć, że przyszli.
Był środek czerwca, a Pieliszcz wisiał w gorącym, nieruchomym powietrzu jak przed burzą. Siedzieliśmy z Olkiem, Majką i Szymonem na schodach starej szkoły, patrząc na ciemny zarys opuszczonej fabryki mebli. Z daleka wyglądała jak przyczajony cień, którego nikt nie chciał zbliżyć się dotknąć. Starsi w mieście mówili o niej półgłosem, jakby samo wspomnienie mogło przyciągnąć kłopoty.
To Szymon pierwszy przerwał ciszę.
– W nocy wchodzimy tam na serio – powiedział, a w jego głosie pobrzmiewała ta sama pewność, która zwykle kończyła się czymś głupim. – Zrobimy zdjęcia. Zobaczymy, czy fabryka naprawdę jest pusta.
Majka odsunęła kosmyk włosów z twarzy i spojrzała na niego nieufnie.
– Pusta? Moja ciotka słyszała tam kroki. Kilka dni temu. W środku, kiedy nikogo nie było.
Olek parsknął krótko, ale zaraz zacisnął palce na poręczy schodów. Nawet on nie wyglądał już na takiego odważnego, jak próbował.
– To tylko stary budynek – mruknął. – Hałasuje od wiatru.
Nikt mu nie odpowiedział. Wiedzieliśmy już, że jeśli teraz się wycofamy, jutro znowu będziemy tymi samymi dzieciakami z nudnego miasteczka. A jeśli pójdziemy, noc przestanie być zwyczajna.
Spotkaliśmy się po północy przy ulicy Fabrycznej, pod żółtymi, drżącymi latarniami. Szymon przyniósł latarki, Olek termos z herbatą, jakby ciepły napój mógł ochronić nas przed czymkolwiek, co czaiło się w ciemności. Kiedy podeszliśmy pod fabrykę, zapach wilgotnej cegły, rdzy i kurzu uderzył nas od razu. Budynek wyrastał nad ulicą ciężki i milczący, z wybitymi oknami, które przypominały puste oczodoły.
Weszliśmy przez uchylone drzwi. Nasze kroki odbiły się echem od betonowej podłogi, za głośnym, zbyt obcym dla tak pustego miejsca. W środku było chłodniej, niż powinno być, a cisza miała w sobie coś napiętego, jakby sama czekała, aż zrobimy jeszcze jeden krok. Minęliśmy starą windę towarową i rząd zardzewiałych szafek. Korytarz prowadzący do dawnego biura kierownika tonął w ciemności, mimo że Szymon świecił latarką tuż przed siebie.
Wtedy usłyszeliśmy szept.
Krótki. Bliski. Za bliski.
„Już przyszliście?”
Stanęliśmy jak sparaliżowani. Majka chwyciła mnie za rękę tak mocno, że aż zabolało. Szymon otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie wydał z siebie ani dźwięku. Olek powoli uniósł latarkę w stronę szeregu drzwi na końcu korytarza. Jedne z nich, te od biura kierownika, poruszyły się same.
Klamka zaczęła się obracać bardzo powoli, z przeciągłym, metalicznym skrzypnięciem, a po drugiej stronie ktoś mocno szarpnął za drzwi, jakby już wiedział, że stoimy po drugiej stronie.