Nocne tajemnice starego sanatorium

Julka namawia przyjaciół na nocną wyprawę do opuszczonego sanatorium na skraju lasu. W środku trafiają na świeże ślady obecności kogoś, kto nie powinien tam być.

Las za miastem po zmroku potrafił udawać bezpieczny. Dopiero gdy na jego skraju wyrastał ciemny, rozbity gmach sanatorium, cały ten spokój zaczynał brzmieć jak żart. Julka patrzyła na budynek od miesięcy, odkąd pojawiły się o nim pierwsze plotki. W czerwcu, kiedy noce były krótkie, a rozmowy o tym, co będzie dalej, ciągnęły się bez końca, uznała, że to najlepszy moment, by zrobić coś głupiego. Albo pamiętnego.

Przy starym rozstaju spotkali się po północy. Kamil przyszedł pierwszy, potem Lena, na końcu Maks, wszyscy z latarkami w dłoniach i minami ludzi, którzy w razie pytań powiedzą, że to był spontaniczny pomysł, nie plan. Przebrnęli przez zarośla, przeskoczyli zwalone gałęzie i dotarli do tylnej ściany budynku, tam, gdzie wybite okno czekało jak otwarte usta.

W środku uderzył ich chłód. Nie taki zwyczajny nocny chłód, tylko wilgoć, kurz i cisza tak ciężka, że każdy krok wydawał się zbyt głośny. Snop światła Julki sunął po odrapanych ścianach, po odpadającej farbie, po pustych framugach i tabliczkach bez nazwisk. Korytarze ciągnęły się jeden za drugim, a dawne sale chorych wyglądały, jakby ktoś zostawił je w pośpiechu i nigdy nie wrócił.

Przez kilka minut nic się nie działo. Tylko wiatr jęczał w wybitych oknach, a ich własny oddech odbijał się od ścian. Lena jako pierwsza przystanęła gwałtownie. Pod jej butem zaskrzypiała pusta puszka po napoju. Maks poświecił niżej i zmrużył oczy.

Puszka wyglądała świeżo. Obok leżała paczka papierosów, jeszcze ciepła od dotyku. Kamil schylił się, jakby chciał ją podnieść, ale zaraz cofnął rękę.

Nie jesteśmy tu sami - powiedział prawie bezgłośnie.

W tej samej chwili coś przesunęło się piętro wyżej. Drzwi, ciężkie i stare, jęknęły przeciągle, jakby ktoś właśnie je otwierał.

Wszyscy zastygli. Nawet latarki przestały drżeć. A potem zza zakrętu dobiegł ich szept, tak cichy, że bardziej go poczuli, niż usłyszeli.