Nocny Klub Zwierzęcych Odkrywców

Trójka nastolatków nocą trafia do ukrytego zebrania zwierząt w Parku Miejskim i wpada w sam środek tajemnicy, która może zmienić granicę między światem ludzi i zwierząt.

Miasto nie zasypiało nawet po zmroku, ale Park Miejski po północy wyglądał tak, jakby należał do kogoś innego. Ścieżki niknęły w czerni, liście szeleściły ostrzej niż zwykle, a każdy cień zdawał się nasłuchiwać. Szymon, Lena i Igor przyszli tu właśnie po to, by sprawdzić plotkę o nocnych odgłosach, które od tygodni nie dawały spokoju połowie osiedla.

Wślizgnęli się między drzewa i przystanęli przy starej altanie, o której wszyscy mówili, że stoi na przekór czasowi. Lena pierwsza wychyliła się zza poręczy i natychmiast zesztywniała. Przez trawę przemknął kot, lecz nie przypominał żadnego z tych zwykłych, które wygrzewają się na parapetach. Na grzbiecie miał maleńki plecak, a na łapie coś błysnęło jak miniaturowy zegarek.

Widzieliście to? — wyszeptał Igor, zbyt podekscytowany, by mówić ciszej.

Szymon tylko skinął głową. Kot zniknął w gęstych krzakach, jakby dokładnie wiedział, dokąd zmierza. Troje przyjaciół ruszyło za nim ostrożnie, stawiając stopy tak lekko, jak potrafili. Z każdym krokiem park stawał się coraz dziwniejszy. Wreszcie między korzeniami starego dębu zobaczyli słabe, mleczne światło.

Na niewielkiej polanie zebrały się zwierzęta różnych gatunków. Jeże stały w kręgu jak ważni urzędnicy, wiewiórki przekazywały sobie drobne przedmioty, dwa koszatniki coś zapisywały na zrolowanym kawałku papieru, a na niskiej gałęzi siedziała sowa z miną kogoś, kto nie zamierza tracić ani sekundy. Pośrodku polany stała zasłonięta szmatą klatka. Nikt nie podchodził do niej zbyt blisko.

Lena chwyciła Szymona za rękaw. Nie wyglądała już na zaciekawioną. Bardziej na kogoś, kto właśnie zobaczył coś, czego nie powinien był zobaczyć.

Co tu się dzieje? — szepnęła.

Sowa uniosła skrzydło i natychmiast zapadła cisza. Nawet liście przestały szeleścić.

Drodzy członkowie Nocnego Klubu Odkrywców — odezwała się niskim, spokojnym głosem. — Nadeszła chwila, kiedy musimy zdecydować, co zrobić z tym, co znaleźliśmy...

Nie dokończyła. Za plecami dzieci rozległ się cichy szelest, potem drugi, dużo bliższy. Troje przyjaciół odwróciło się jednocześnie.

W mroku między drzewami świeciły dwa nieruchome oczy. I właśnie zaczynały się do nich zbliżać.