Trójka studentów wchodzi do opuszczonej kliniki dentystycznej, gdzie nocą budzą się dziwne światła, zapach mięty i ślady po kimś, kto nie powinien już tam być.
Miasto zdążyło już zasnąć, kiedy nad starą kliniką dentystyczną zaczęła zbierać się gęsta, mleczna mgła. Budynek stał przy bocznej ulicy jak wyblakły wyrzut sumienia: z zaciągniętymi roletami, popękanym tynkiem i szyldem, na którym dawno temu zgasły ostatnie litery. Magda, studentka stomatologii, zatrzymała się przed wejściem razem z Adamem i Jagodą. Nie przyszli tu z ciekawości. Przynajmniej nie tylko z ciekawości. Ktoś z uczelni wspomniał o aktach profesora F, o zaginionych notatkach i o dziwnych nocnych obserwacjach, które od miesięcy krążyły między ludźmi z dawnych roczników. Nikt nie potrafił powiedzieć, co z tego było plotką, a co ostrzeżeniem.
Magda pchnęła drzwi. Zaskrzypiały tak głośno, jakby obudziły cały budynek. W środku pachniało kurzem, wilgocią i czymś jeszcze, ostrzejszym, znajomym, prawie absurdalnym: miętową pastą. Latarka przecięła mrok i zatrzymała się na wyblakłych planszach edukacyjnych przy ścianie. Na jednej z nich, napisanej odręcznie flamastrem, widniało zdanie: „Niechaj szczoteczka będzie twoją tarczą, a nić dentystyczna mieczem”. Adam parsknął krótko, ale zaraz umilkł, bo korytarz za recepcją był zbyt cichy. Za cichy.
Poszli dalej, stawiając kroki ostrożnie po lśniącej od starego lakieru podłodze. Na końcu korytarza latarka uchwyciła rząd białych sylwetek w kapturach. Stali nieruchomo, jak ustawieni do zdjęcia albo do procesu. W ich dłoniach błyszczały długie, przesadnie duże szczoteczki do zębów, a pod kapturami nie było widać twarzy. Jedna z postaci wykonała wolny krok naprzód. Potem drugi. I wtedy Magda zobaczyła, że na kafelkach pod ich stopami pojawiają się świeże, mokre ślady, jakby ktoś przed chwilą rozsypał cukier prosto w ciemność. Z rogu korytarza dobiegł cichy chichot, a głos, który zaraz po nim się odezwał, był spokojny i zbyt bliski: „Spóźniliście się. Fluorowi Rycerze już was rozpoznali.”